Strona główna > Wydarzenia > Świat > Węzeł Kosowski
26.02.2010
Węzeł Kosowski

Michał Kowalski

Codzienne życie w nienawiści albo podział i nowa wojna – przed taką alternatywą stoi Kosowo, które dwa lata temu ogłosiło niepodległość

Powiększ zdjęcie

fot. Mieszko Stanisławski/Babel Images
Uzależniłem się odKosowa i musiałem tu wrócić – przyznaje Wendelin, oficer policji z Niemiec. Z brodaczem w czarnym służbowym swetrze siedzimy w pubie Route 66 w Mitrowicy, jednym z wielu przejawów miłości Albańczyków do wszystkiego, co amerykańskie. Z głośników sączy się kojący głos Chrisa Isaaka, ze zdjęcia na ścianie uwodzicielsko spogląda James Dean.

Wendelin po raz pierwszy przyjechał do Kosowa pięć lat temu w ramach misji ONZ. Służył przy granicy z Albanią i Macedonią. Powrócił w grudniu 2008 roku już jako funkcjonariusz EULEX. To cywilna misja Unii Europejskiej wspierająca w Kosowie budowę wieloetnicznego systemu sądów, policji i służb celnych. W imię pojednania i współpracy.

Ale napisać, że trafił do Mitrowicy, to już jak opowiedzieć się po stronie jednych, a przeciwko drugim. Bo tak powiedziałby tylko Albańczyk. Serbowie, którzy nie uznają niepodległości Kosowa, mówią zawsze: Kosowska Mitrowica. Jak w czasach, gdy region należał do Serbii. Jak przed wojną w 1999 roku.

To miasto na północy Kosowa jak soczewka skupia wszystkie problemy pogrążającego się w nienawiści państwa, które 17 lutego 2008 roku ogłosiło niepodległość. Teoretycznie rzecz biorąc, Mitrowica w całości należy do Republiki Kosowa, ale płynąca przez miasto rzeka Ibar stała się de facto granicą serbsko-albańską. Wendelin mieszka w hotelu Palace w części albańskiej, a pracuje na drugim brzegu – wśród Serbów, jako doradca komendanta policji.

Marcowe pogromy
– Czasem pośredniczę też między komendami na północy i południu Mitrowicy – opowiada Wendelin. – Na początku było ciężko, bo Serbowie nas nie akceptowali. Ale z czasem udało się ich zjednać. To dzięki temu, że pozostajemy neutralni. Nie jesteśmy misją polityczną, nie interesuje nas problem państwowości Kosowa.

Ale mieszkańców ten problem obchodzi – i to tak bardzo, że spory raz po raz topią we krwi. Nic dziwnego, że na obu brzegach roi się od miejsc napiętnowanych nienawiścią. Są jak blizny, które od wielu lat nie chcą się goić.

Choćby cerkiew św. Sawy, która stoi w południowej, czyli albańskiej i muzułmańskiej, części miasta. Obok odbudowanej dzięki wsparciu UNESCO świątyni wciąż sterczą ruiny plebanii. Pod oknami worki z piaskiem. Na drugim piętrze – drewniana wieżyczka przykryta siatką maskującą. Stanowisko dla karabinu snajperskiego. Dobry punkt obserwacyjny na ulicę i wznoszące się za płotem albańskie wille. Czy te domy były celem snajpera? A może to z nich ostrzeliwano cerkiew, gdzie przed linczem schronili się Serbowie?

Szczegółów tego zdarzenia nie da się już ustalić. Wiadomo tylko, kiedy miało miejsce – w marcu 2004 roku. A zaczęło się od śmierci trojga dzieci. 

Sześciu albańskich chłopców z wioski Caber na północ od Mitrowicy bawiło się nad rzeką Ibar. Przeszli przez most na serbską stronę rzeki. Z pobliskiego domu usłyszeli wyzwiska, potem zobaczyli dwóch Serbów z psem. Dzieci rzuciły się do ucieczki, czterech chłopców skoczyło do rzeki. Ale Ibar jest głęboki, a nurt silny. 13-letni Fitim wiedział, że jego 9-letni brat Florent nie umie pływać. Dlatego kazał mu mocno trzymać się jego szyi. Nic z tego. Poczuł, jak płaczący Florent zsunął się z jego pleców. Gdy Fitim wydostał się na brzeg, długo wołał brata. Ale ze wzburzonych wód Ibaru nikt nie odpowiadał. Nie było też 11-letniego Avniego i 12-letniego Egzona.

Tamto wydarzenie sprowokowało w całym Kosowie zamieszki, tak zwane pogromy marcowe. Albańczycy zniszczyli wtedy cerkiew Świętej Sawy i 15 innych świątyń prawosławnych. Zbezcześcili cmentarze. Rozpętał się horror przy właściwie biernej postawie dowództwa KFOR*, które w takich sytuacjach ma rozkaz przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo… własnym żołnierzom. Podczas dwóch dni zginęło co najmniej 28 osób, spłonęło 110 domów.

Zamach na Dolce Vita
Wendelin prowadzi teraz do serbskiej części miasta. Największy z trzech mostów bez przerwy patroluje policja. Od albańskiej strony podjeżdża samochód na kosowskich numerach rejestracyjnych. Kierowca zatrzymuje się, zdejmuje tablice i wrzuca je do bagażnika. Dopiero wtedy przejeżdża na serbską stronę.

– W całym Kosowie obowiązują rejestracje z literami KS, ale Serbowie to bojkotują – wyjaśnia Wendelin. – Używają starych serbskich tablic z literami KM albo jeżdżą nieoznakowanymi autami. Dlatego nieliczni Albańczycy, którzy prowadzą interesy na drugim brzegu, zdejmują przed mostem kosowskie tablice.
[CMS_BREAK_PAGE]
Przechodzimy na serbską stronę rzeki i siadamy w kawiarni Dolce Vita. Dobrze widać z niej most i pilnującą go wojskową ciężarówkę KFOR. Nagle gaśnie światło. Przerwy w dostawie prądu to w Kosowie codzienność. Ale także – jak niemal wszystko tu – iskra rzucona na beczkę prochu.

– Serbowie nie chcą płacić rachunków kosowskiemu koncernowi energetycznemu – opowiada Wendelin. – W maju zeszłego roku kilka wiosek na północ od Mitrowicy odcięto z tego powodu od dostaw prądu. Wybuchły protesty, kilkuset Serbów zablokowało jedną z dróg. Interweniujących policjantów obrzucono kamieniami.

Zresztą sama kawiarnia Dolce Vita też zapisała się w historii kosowskiego konfliktu. W sobotę 26 sierpnia 2006 roku Adem, 16-letni Albańczyk, przechodzi przez most do północnej części miasta. W Dolce Vita siedzi 12 osób, większa grupa jest w kawiarnianym ogródku. Adem wolno podchodzi do lokalu, nagle wyciąga granat. Rzuca w kierunku wejścia i ucieka. Rozmowy przerywa brzęk tłuczonego szkła, a po ułamku sekundy huk eksplozji. Słychać jęki rannych.

Kilku Serbów wybiega z kawiarni i ściga zamachowca. Ale dopiero pilnujący mostu kosowscy policjanci zatrzymują chłopaka. Tymczasem pod Dolce Vita zbiera się tłum Serbów. Setki demonstrantów ruszają na most, ale drogę blokują ciężarówki KFOR. Od albańskiej strony zbliża się samochód na kosowskich tablicach. Kierowca usiłuje przebić się przez wzburzony tłum. Ktoś ciska kamieniem, pęka przednia szyba.

Po kilku godzinach demonstranci rozchodzą się do domów. Rannych jest w sumie dziewięć osób – sześcioro Serbów, szkocki policjant i Holenderka w ósmym miesiącu ciąży – które siedziały w Dolce Vita, oraz Albanka z feralnego samochodu. Serbowie tworzą oddziały strażników, którzy do dziś pilnują ich części miasta przed nieproszonymi gośćmi.

Kosowar, potomek Ilirów
Siedziba TV Mitrovica znajduje się przy ulicy Afrim Zhitia, w centrum albańskiej części miasta. Stacja obejmuje zasięgiem całe Kosowo. Zatrudnia 25 pracowników, w tym 8 dziennikarzy. Nadaje tylko po albańsku, chociaż wśród współpracowników są Bośniacy, Turcy, a nawet Serbowie.

Flamur ma 23 lata. Skończył szkołę średnią w Gjilan i od kilku lat jako operator kamery relacjonuje najważniejsze wydarzenia w obu częściach miasta. Podczas pogromów marcowych w 2004 roku był przy moście na Ibarze, po którego dwóch przeciwległych stronach gromadzili się Albańczycy i Serbowie. Nagle z obu stron zaterkotały karabiny maszynowe. Flamur filmował krew płynącą po chodnikach:

– Wiedziałem, że mam mocny materiał. Ale w duszy przeklinałem, że wolałbym go nie mieć.

Na co dzień też nie jest spokojnie: – Kiedy u Serbów dzieje się coś ważnego, transport zapewnia nam policja lub KFOR. Samemu lepiej tam się nie zapuszczać. Jeżeli wiedzą, że jesteś Albańczykiem, zbiorą grupę i cię pobiją – ostrzega Flamur i zapewnia, że z kolei Serbowie przechodzą na albańską stronę bez problemu. – My nie mamy zorganizowanych grup, które pilnują mostu. Często spotykam ich w naszych restauracjach i kawiarniach. Nikt nie pyta, skąd są. Tolerujemy serbskie tablice rejestracyjne.

Czy ma wśród Serbów przyjaciół? Nie, ale czasem rozmawia z serbskimi dziennikarzami. Czy uważa się za Albańczyka, czy Kosowara? – Oczywiście, że jestem Kosowarem, bo mieszkam w Kosowie. No tak, ale Kosowo to przecież Albania. Jestem więc Albańczykiem.

Flamur zaprasza do jednego z pubów na piwo Peja. Jak zapewnia – najlepsze na świecie. Przy okazji wyjaśnia, dlaczego Kosowo powinno być albańskie. Zresztą nie tylko Kosowo: – Jesteśmy potomkami Ilirów, którzy zamieszkiwali Bałkany na długo przed Słowianami. Istniała kiedyś Wielka Albania, która obejmowała Kosowo, część dzisiejszej Serbii, Czarnogóry, Macedonii i Grecji. Te wszystkie państwa okupują teraz nasze ziemie. My nigdy nikogo nie okupowaliśmy.

Pyta, czy wiemy, co znaczy słowo „flamur”. Flaga. A flaga – mówi – jest dla Albańczyków święta. W Kosowie walczyli o własne państwo, wciąż mając przed oczyma dwugłowego czarnego orła na czerwonym tle. Nowy sztandar, narzucony przez organizacje międzynarodowe, przedstawiający zarys Kosowa z sześcioma gwiazdami na niebieskim tle jest im zupełnie obojętny. Na kartce Flamur zapisuje jeszcze słowa narodowego hymnu – po albańsku i angielsku: „Wokół flagi zjednoczeni, z jednym życzeniem i jednym celem; wszyscy na nią przysięgajmy, by złożyć śluby dla zbawienia”.

Potem Flamur zabiera nas do Trepczy. To położony pod miastem kompleks obejmujący kilka kopalń cynku, hutę ołowiu i fabrykę akumulatorów. Czasy świetności przeżywał w latach 70. ubiegłego wieku jako największy zakład w Jugosławii i jeden z największych w Europie. Trepcza zatrudniająca niegdyś ponad 23 tysiące pracowników to dziś industrialny grobowiec.

– No i polityczny kłopot – mówi Flamur, spoglądając na cmentarzysko szybów górniczych oraz opuszczonych hal fabrycznych. Nowy zarząd Trepczy opracował wprawdzie plan naprawczy, ale rząd nie chce prywatyzować kompleksu. Zresztą kto chciałby zainwestować w tak niespokojnym miejscu?
[CMS_BREAK_PAGE]
Problem Trepczy to chyba jedyna rzecz, która łączy Serbów i Albańczyków. Koncern zatrudnia obecnie kilkaset osób, które pracują w koszmarnych warunkach za 150 euro miesięcznie. Pozostali pracownicy mieszkający na osiedlach robotniczych po obu stronach rzeki żyją z zapomogi. Po stronie albańskiej wynosi ona 18 euro miesięcznie – dwa razy mniej niż średnia pensja.

Marchewka z Belgradu
Zwracamy ich uwagę, włócząc się po serbskiej części Kosowskiej Mitrowicy. Stoją pod blokiem i piją piwo Jelen z plastikowej dwulitrowej butelki.

– Właśnie mówiłem Miloszowi, że byłoby fajnie, gdybyście do nas podeszli – śmieje się Lazar, wysoki 21-latek w okularach z długimi blond włosami. – Coś by się wreszcie zaczęło dziać. No i przełamalibyście monotonię.

Pochodzi z Kosowskiej Mitrowicy, a Milosz, który poszedł właśnie po następne piwo, jest z Niszu. Obaj studiują anglistykę na tutejszym uniwersytecie, który powstał po odłączeniu się serbskich wydziałów od przejętego przez Albańczyków Uniwersytetu w Prisztinie. Co będą robić po studiach?

– Z pracą jest krucho. Jedyna szansa to zatrudnić się jako tłumacz w KFOR. Płacą nawet tysiąc euro miesięcznie. Gdybyśmy wylądowali, ucząc w szkole, zarabialibyśmy jakieś 400 euro – mówi Lazar.

To i tak nieźle, bo średnia płaca w północnej części miasta wynosi około 100 euro, przy czym 60 procent sumy wypłaca serbski rząd. W północnym Kosowie finansuje także opiekę zdrowotną i edukację. Pracownicy tutejszych szpitali i szkół dostają 200 procent zarobków kolegów w centralnej Serbii. Belgrad nie szczędzi środków, by zachęcić rodaków takich jak Lazar i Milosz do pozostania w Kosowie.

Jak ich rówieśnicy spędzają wolny czas? Z butelką piwa pod blokiem. – Co innego można tu robić? – zastanawia się Lazar. Na drugi brzeg się nie zapuszczają, bo nie ma potrzeby. Z Albańczykami nie utrzymują żadnych kontaktów, ale nie są do nich wrogo nastawieni. Rodzice Lazara mają nawet albańskich znajomych. Dla niego problemem nie są Albańczycy, tylko NATO i Amerykanie.

– Stworzyli sobie w Kosowie największą bazę wojskową w Europie – Camp Bondsteel pod Uroszevacem. Są na specjalnych prawach. Mają interes w tym, żeby utrzymywać tu swoich żołnierzy. Dlatego chcą, żeby sytuacja w Kosowie jak najdłużej była niestabilna – twierdzi Lazar.

Strzały z wieżowców
Tego wtorkowego popołudnia w przedostatni dzień 2008 roku Wendelin nie zapomni. Jak niemal wszystkie zamieszki w Mitrowicy zaczęło się od mostu.

Na serbską stronę przechodzi dwóch Albańczyków. Kilkadziesiąt minut później wbijają nóż w plecy 16-letniego Nikoli. Wieść o zdarzeniu szybko się rozchodzi. Serbowie wychodzą na ulice, podpalają albańskie sklepy i demolują samochody z kosowskimi tablicami. Znowu słychać strzały. Kosowska policja aresztuje nożowników, gdy próbują uciec przez most na albańską stronę. Ich ofiara w stanie ciężkim trafia do szpitala.

Tymczasem wokół mostu gromadzą się setki demonstrujących Serbów. Zamieszki rozprzestrzeniają się na zachód, w stronę trzech wysokich bloków nazywanych Tri Solitera (Trzy Wieżowce). Znajdującą się w ich sąsiedztwie kładkę dla pieszych próbuje sforsować kilkudziesięciu Albańczyków. Zatrzymują ich sami Serbowie. Z wieżowców padają strzały z broni automatycznej.

Wendelin jest wśród policjantów przy moście. – Czułem, że sytuacja wymyka się spod kontroli – wspomina. – Zacząłem się bać. Krzyknąłem do kolegi: Gdzie, do cholery, jest KFOR?

W tym samym momencie nad miastem pojawia się wojskowy śmigłowiec, kilka minut później podjeżdżają ciężarówki. Żołnierze zamykają most i blokują drogi dojazdowe do wieżowców. KFOR wzywa następne posiłki. Późnym wieczorem sytuację udaje się wreszcie opanować. To cud, ale nikt oprócz ranionego nożem 16-latka nie odnosi poważniejszych obrażeń.

Wendelin: – Podział Kosowa byłby najlepszym rozwiązaniem. Ale to moje osobiste zdanie. Jako funkcjonariusz EULEX nie powinienem tego mówić. Jednak siły międzynarodowe nigdy do tego nie dopuszczą.

Lazar: – Północne Kosowo nigdy nie uzna zwierzchności rządu w Prisztinie. Albo będziemy częścią Serbii, albo powstanie nowa Republika Serbska. Jak w Bośni.

Flamur: – Kosowo nie może się podzielić. Nie ma takiej możliwości. Jeżeli Serbowie będą chcieli oderwać północne Kosowo, wybuchnie kolejna wojna.

Michał Kowalski
„Przekrój” 07/2010


* - KFOR (z jęz. ang. Kosovo Force) – międzynarodowe siły działające na terenie Kosowa pod auspicjami NATO

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.03.09 20:36

można zrobić dobrze i subtelnie. Można też zrobić je w krzykliwym stylu fotka.pl, co niestety nie świadczy dobrze o profesjonaliźmie reportera.

czytelnik
2010.03.01 18:08

Artykuł sprawia wrażenie napisanego 2 lata temu. Zgoda, iż w Mitrowicy jest jeszcze niespokojnie, ale z moich rozmów z policjantami stacjonującymi również na północy Kosowa wynika, iż...

2010.02.27 11:58

To nie jest cerkiew Swietej Sawy, tylko Swietego Sawy

Wszystkie