|
Dziennik Jerzego Pilcha 04/2010
Jerzy Pilch Czyjaś, chyba diabelska ręka nieustannie mój kalendarz z miejsca na miejsce przewiesza. Niesłyszalne, a może nawet niewidzialne młoty gwoździe w ściany wbijają! Stalowe gwoździe! W betonowe ściany!
10 Stycznia
Chwal się, chłopie, wygraną wojną,obnoś się spełnieniem marzeń, świętym spokojem, osiągniętą równowagą, czarnogórską aliantką i czym i kim tam jeszcze – przyjdzie na ciebie zagłada. Nawet jak się chwalisz wysoce – jak ci się zdaje – autoironicznie – grom uderzy. Boga nie ma, ale kara boska – jak gdyby nigdy nic – istnieje. Równo tydzień temu (nie muszę dodawać: grubo przed szesnastą) rozległo się energiczne kołatanie, otwarłem drzwi, para zdyszanych, zlanych potem i ledwo żywych tragarzy wniosła do mieszkania kalendarz wielkości stołu pingpongowego i wadze płyty nagrobnej – serdeczny dar od starego przyjaciela. Podziękowałem, wręczyłem suty napiwek i siłą rzeczy zmieniłem plany. Miałem zamiar najbliższe dwie godziny poświęcić rozmyślaniom – pierwszą: fundamentalnej krytyce racjonalizmu (żadne z jego pasm sensu życia nie tłumaczy); drugą: problemowi, czy po utracie wiary można nadal być luteraninem (można, a nawet należy, wynikła z utraty P.B wolność – luterstwu sprzyja, luterską na przykład retorykę wręcz wzmaga) – teraz z wysokich rozmyślań nici; teraz musiałem się zająć przyziemną pragmatyką i rozstrzygnąć, co zrobić z zajmującym praktycznie cały przedpokój kalendarzem. Był równie piękny jak ogromny, równie podniosły jak ciężki, równie budujący jak nieogarniony; za temat miał ołtarz Wita Stwosza, ergo na kolejnych stronicach widniały sceny i postacie w najwyższym stopniu pobożne. Autorem fotografii i nadawcą przesyłki był mój kolega ze studiów na krakowskiej polonistyce – człowiek wielu zalet i talentów, przyszły niechybnie minister kultury, obecnie szef ekstraważnego i – co w tych czasach zupełnie rzadkie – poważnego wydawnictwa – Andrzej Nowakowski. Od ładnych paru lat z wielkim powodzeniem para się on fotografiką, wydaje albumy i kalendarze, już w zeszłym roku ofiarował mi kalendarz poświęcony – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – architekturze wnętrz Uniwersytetu Jagiellońskiego – jakoś sobie z tamtym, też przecież kalibrem magnum, poradziłem – w tym roku bieda. Latem przybyło półek, i to półek na grube – ma się rozumieć – a nawet bardzo grube tomy. Na taką wieczność poleciłem wykonać regały. Na nic innego, ani powierzchni, ani przestrzeni, ani kawałka ściany w moim – poza wszystkim – umiarkowanie rozległym mieszkaniu. A tu trzeba nie kawałek, a kawał słuszny, z metr kwadratowy najmniej! 11 stycznia Co robić? Nie powieszę przecież kalendarza na jakiejś nieczytelnej wysokości pod łazienkową powałą! Loggia odpada: zwykle psychotycznie wymuskana, teraz przez śniegi i mrozy w ruinę obrócona. Do Wisły nie wywiozę; tam wprawdzie, byłoby miejsce, i to niejedno, ale czy matuli najpiękniejsze nawet wizerunki katolickiego ołtarza przypadłyby do gustu, pewności nie ma. Raczej nie, matka w luterskiej wierze zawsze twarda, teraz twardnieje jeszcze bardziej. Owszem zdjęcie z Janem Pawłem II ma w salonie wyeksponowane, jak trzeba, ale po pierwsze jest to zdjęcie uczynione w ewangelickim kościele w Skoczowie, gdzie brat matki przez długie lata był proboszczem, po drugie co innego Papież Polak, co innego Matka Boska z drewna! Nawet najpiękniej przez Wita Stwosza wyrzeźbiona! Nawet w nieziemskiej glorii światłocieni przez Nowakowskiego sfotografowana! Do Wisły więc nie. Gdzie tedy? Dać ten kalendarz komuś w prezencie? Komu, szczerze mówiąc? Nie bardzo mam takich klientów. Do moich byłych redakcji podrzucić taki dar taksówką bagażową? Nie jestem pewien, czy zostałbym należycie zrozumiany. Coś mi się zdaje, że na mój widok nawet z ołtarzem Wita Stwosza pod pachą Jurek Baczyński nie skakałby z radości. U Springera przesadnego wiwatowania też by nie było. Owszem chłopcy w „Tygodniku Powszechnym” ucieszyliby się szczerze, ale Wiślna daleko. Mojemu przyjacielowi i wydawcy Pawłowi Szwedowi ozdobić gabinet takim rekwizytem? Za dobrze się znamy, by nie wyczuł on niejasności gestu. Uszczęśliwić takim darem ulicę Hożą? Wręczyć to dzieło sztuki panu Aftyce, panu Katanie, panu Kubickiemu? Za stylowo mają oni swe odpowiednio: sławną pralnię, sławny zakład szewski i sławny antykwariat urządzone, by mój kalendarz zmieścić. Pani Jadzi, co mnie strzyże, pani Marzence, co mnie strzygła, pani Bożence, co robi manicure, i pani Małgosi, co mi robiła manicure – wręczyć taki prezent? Nie umiem sprecyzować czemu, ale nie zdaje mi się to szczytem galanterii. Do jednej z dwu pobliskich księgarń zanieść? Gorzej niż drzewo do lasu! I Odeon, i Matras wszelkiej maści kalendarzami obwieszone i zagracone do granic. Nie na kolejny, a na gremialną przecenę wszystkich kalendarzy jest tam pełne znużenia oczekiwanie! Dziewczyny z Galerii Wypieków? Pani Kasia z całodobowego? Szefowa delikatesów Robert? Kierownik minidelikatesów Dziupla? Wszystkie warianty – choć brane pod uwagę z ogromną serdecznością – jakoś niestosowne. 13 stycznia 2010 Prawdziwa niestosowność, i to niestosowność w wymiarze, rzekłbym, kryminalnym była jednak przede mną. Nie ma co dalej snuć fantasmagorii, pora z realizmem opowiedzieć, co się stało i co się dzieje. Niechaj nie zabrzmi to niezręcznie, zwłaszcza artyści dłuta i fotoaparatu niechaj nie poczują się dotknięci – powiesiłem mianowicie ich dzieło na klatce schodowej. Jest to wbrew brzmieniu miejsce bardzo w porządku, po niedawnych remontach solidnie odnowione, na ogół przyzwoicie zamiecione, w głębi korytarza majaczy nawet element kwietnika. Ciemny w tonacji kalendarz umieszczony na białej ścianie ściśle vis-à-vis mych drzwi wyglądał świetnie. Ach nie, nie to, co myślicie! Czas przeszły nie z powodu kradzieży czy bezinteresownego wandalizmu. Ani łakomi makulatury kloszardzi, ani zawsze gotowi do demolki dresiarze nie byli tu czynni! Coś bardziej zawiłego, a nawet coś demonicznego w kamienicy się dzieje! Czyjaś, chyba diabelska ręka nieustannie mój kalendarz z miejsca na miejsce przewiesza. Niesłyszalne, a może nawet niewidzialne młoty gwoździe w ściany wbijają! Stalowe gwoździe! W betonowe ściany! Jerzy Pilch „Przekrój” 04/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.02.08 13:45
O Boszszsze! co za nudziarstwo! po "dziennikowych" stylistycznych fikołkach pod którymi czaił się pusty balon bałam się Pilcha w "Przekroju". Lecz pierwsze odcinki - fajne. wiec ulga, ale i... m. wiernicka
2010.02.07 09:23
... moze jeszcze - poczekam chocby dlugo trzeba bylo i pomyslec , ze sa tacy ktorzy Pana nie lubia tojatutaj
2010.02.06 13:20
a może kalendarz sam się przewiesza bo miejsce wybrane ani wygodnym, ani politycznym nie jest? Może ten właśnie kalendarz apriorycznie zakłada, że wisieć mu na klatce schodowej niepodobna... 2010.02.06 08:17
Boże wszystkich wyznań, co trzeba zrobić aby otrzymać dar takiego pióra. Uszanowania dla Autora i Mamy. 2010.02.05 20:04
Tak to juz jest sturba nasza wlan chelbiasta. Nie tlumaczy! Ani Baruch, René, czy nawet Gotfried Wilhelm. Tym bardziej- nie- John lub David. Ale tez Arthur, Sören i Friedrich -NIE! Diabel... najnowszePromocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|