Tadeusz Nyczek
John Updike niedawno umarł, ale jego książki szczęśliwie nic o tym nie wiedzą, także te dotąd nam nieznane. Oto „Pary”, grube powieścisko z 1968 roku. Najtypowszy Updike, wręcz klasyk updikizmu. Co to updikizm?
W największym skrócie: duchowo‑cielesne przygody amerykańskiej klasy średniej urodzonej w latach 30., zakotwiczonej przeważnie na prowincji. Prowincja w „Parach” to miasteczko Tarbox nieopodal Bostonu. Czas akcji – rok 1963. Właśnie zastrzelono Johna Kennedy’ego, ale to wiekopomne wydarzenie ledwo muska dalekie Tarbox. Kilka zaprzyjaźnionych małżeństw (tytułowe pary) ma swoje ważniejsze problemy: czy o romansie Marcii mniejszej Smith z Frankiem Appleby dowie się mąż Marcii Harold i czy przystanie na to, by pójść do łóżka z Janet, żoną Franka. Albo czy wyda się, że to Piet Hanema wyskoczył przez okno łazienki, w której zamknął się z Foxy Whitman, podczas gdy do drzwi dobija się jego żona Angela, skądinąd mało domyślna. To nie brzmi poważnie, ale zaręczam, że pod piórem Updike’a wszystkie te romansowe przewalanki nabierają prawdziwej powieściowej mocy. W Tarbox życie płynie leniwie i zaprzyjaźnionym parom, które zrobiły już, co trzeba dla podtrzymania egzystencji, pozostaje spotykanie się u jednych czy drugich, popijanie, flirtowanie, plotkowanie, wzajemne podglądanie w codziennych okolicznościach. Są jeszcze młodzi, trochę po trzydziestce, ich dzieci są nadal nieletnie, ich ciała wciąż atrakcyjne. A przecież czują już powiew smugi cienia... Więc kiedy własne życie zacznie ich niewidocznie rozczarowywać, próbują wciskać się w życie innych, uwodząc a to czyjąś żonę, a to czyjegoś męża. Z nadzieją, że „wszystko zostanie w rodzinie”, bo i czują się jak wielka rodzina na peryferiach wielkiego świata, skąd dochodzą tylko głuche odgłosy Poważnych Wydarzeń.
Siłą Updike’a – jak wielu podobnych mu pisarzy realistów kreślących tak zwane panoramy społeczne z czułością- dla najmniejszych szczegółów – jest nieagresywne dowodzenie-, że Poważne Wydarzenia naprawdę dzieją się tuż obok. Małe dramaty nieważnych par z „Par” niepostrzeżenie rosną, delikatne szwy wiążące zwartą dotąd mikrospołeczność zaczynają z trzaskiem pękać, a rozpad ten nabiera wagi symbolu-. Unosząc się w niebo nad Tarbox, zobaczymy nagle, że to sympatyczna, kolorowa, zadowolona z siebie klatka na szczu-ry, które popijając burbon, szczerzą do siebie w uśmiechu lekko zakrwawione ząbki.
Tadeusz Nyczek
"Przekrój" 15/2009