Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Kapuściński dla dorosłych
11.03.2010
Kapuściński dla dorosłych

rozmawia Katarzyna Janowska

Starałem się napisać prawdę a nie fikcję – mówi Katarzynie Janowskiej Artur Domosławski. Przekonuje, że nie naruszył dobrego imienia reportera: – Wszystko się we mnie burzy, gdy słyszę takie zarzuty

Powiększ zdjęcie

ilustracja Tomasz Bereźnicki na podstawie zdjęcia Piotra Bławickiego/East News

Przeczytaj także:

Alicja Kapuścińska, wdowa po Ryszardzie Kapuścińskim, czuje się dotknięta książką twojego autorstwa. Uważa, że naruszyłeś dobre imię jej męża i jej dobra osobiste. Dlatego wystąpiła do sądu z pozwem o wstrzymanie rozpowszechniania biografii „Kapuściński non-fiction”. Ma powód być urażona?
– Rozumiem, że są w książce fragmenty, które mogą sprawić przykrość, bo ta przykrość była też w życiu. Ale uważam, że nie da się opowiedzieć prawdziwej historii człowieka tak, aby wszyscy byli zadowoleni i żeby nikomu w żadnym momencie nie było przykro. To jest po prostu niemożliwe. Oczywiście autor powinien brać pod uwagę przykrość i ból, jakie sprawi bliskim osobom bohatera.

I ty wziąłeś?

– Tak, ale równie ważne są inne kryteria, czyli wierność faktom, które poznaje się w czasie pracy. Trzeba w tym wszystkim znaleźć własną drogę. O sprawach bolesnych mówiła sama pani Alicja Kapuścińska w wywiadzie, jaki zrobiłem z nią razem z Teresą Torańską dla „Gazety Wyborczej”.
Starałem się o tych sprawach napisać w sposób taktowny i delikatny.

Czyli masz na myśli sprawy rodzinne, wątek relacji pisarza z kobietami?

– Tak. Gdy słyszę, że książka narusza dobre imię Ryśka, to wszystko się we mnie burzy, dlatego że napisałem tę biografię, aby Kapuścińskiego wyjaśnić, zrozumieć, prześledzić jego życie, jego szalenie czasami trudne wybory, często niejednoznaczne. We wszystkich sprawach przedstawiam okoliczności działające na jego korzyść.

Przystąpiłeś do pisania tej książki jako uczeń i przyjaciel Ryszarda Kapuścińskiego. Czy nie nadużyłeś zaufania jego bliskich i przyjaciół? Myślisz, że tak samo chętnie otwieraliby się przed tobą, gdybyś był kimś zupełnie obcym?
– Nie nadużyłem niczyjego zaufania. Niektórym z najbliższych przyjaciół Kapuścińskiego książka bardzo się podoba. Jeden wyraził krytyczną opinię o nieostatecznej jeszcze wersji książki, wziąłem pod uwagę niektóre jego sugestie, a wymiana między nami ostatnich uwag była pozbawiona napięcia. Nie wiem, czy zmienił zdanie o książce. Kwestia „nadużycia zaufania” nie była przedmiotem naszego sporu, bo zaufania nie nadużyłem.
Ale nie chcę w ten sposób rozmawiać o biografii, nie chcę eskalować antagonizmów. Książka będzie wzbudzała spory o rozmaite sprawy, o których napisałem. Wspaniale – spierajmy się!

Czy tego chcesz, czy nie, mleko się rozlało, zanim książka się ukazała, i nie możemy udawać, że to się nie wydarzyło. To przecież też temat do dyskusji o tym, jak pisać biografię. Czy istnieje jakaś granica, której biograf nie powinien przekroczyć? Pisałam kiedyś tekst na ten temat. Joanna Siedlecka, autorka biografii Gombrowicza, Kosińskiego, Herberta, powiedziała mi, że szuka ciemnych plam w życiorysie swoich bohaterów, pęknięć i za tym idzie. Joanna Ronikier z kolei, autorka biografii Piotra Skrzyneckiego, znalazła informację, że Skrzynecki miał żonę i dziecko, ale uznała, że to nie miało znaczenia dla faktu, jakim był człowiekiem. Wyciąganie tej sprawy byłoby jej zdaniem pogonią za sensacją. Które myślenie jest ci bliższe?
– Przede wszystkim popychała mnie ciekawość, żeby poznać człowieka, z którym wiele godzin w ciągu ostatniej dekady jego życia przegadałem na jego poddaszu, którego podpatrywałem, który obdarzył mnie przyjaźnią, w dużej mierze ukształtował mój sposób myślenia o zawodzie i, co może ważniejsze, o świecie. Na początku nie miałem żadnego założenia. Uważałem, że powinienem się dowiedzieć wszystkiego, czego trzeba, zrozumieć to, a w toku pracy zrodzi się model biografii. Moim założeniem było, że chcę napisać prawdę. Pytanie oczywiście, jak skonstruować książkę. Nie ma żadnych wątpliwości, że lubię swojego bohatera. Problem pojawił się, kiedy zacząłem odkrywać sprawy, które nie pasowały do mojego wyidealizowanego obrazu Kapuścińskiego.

Nie pomyślałeś wtedy: może lepiej to zostawić?

– Oczywiście, że pomyślałem, ale potem przyszła refleksja: a właściwie dlaczego? Czy Kapuściński nie zasłużył na to, żeby o nim opowiedzieć w sposób dorosły, czyli na poważnie? Nie opowiadać bajki o nim, bo bajkę już mieliśmy. Pomyślałem też: jeśli nie pójdę dalej, to tak, jakbym w Kapuścińskiego nie wierzył. Jakbym uważał, że w jego życiu są tak straszne rzeczy, których nie da się wytłumaczyć i po których nie da się myśleć dobrze o nim. A ja w Kapuścińskiego wierzyłem, otwierałem kolejne drzwi i dowiadywałem się nowych rzeczy.
Kiedy pojawiły się wątpliwości, przypomniałem sobie historię, którą opowiedział mi profesor Clayborn Carson z Uniwersytetu Stanforda. Profesor dostał archiwum Martina Luthera Kinga. W toku poszukiwań odkrył, że King popełnił plagiat. Profesor, wielbiciel Kinga, historyk ruchu wyzwolenia Afroamerykanów, stanął przed pytaniem: co zrobić, kiedy okazuje się, że ikona tego ruchu, człowiek mający także skomplikowane życie osobiste, popełnił rzecz, którą trudno usprawiedliwić, czyli plagiat? Mimo wszystko zdecydował się o tym napisać. Jego zdaniem jeśli patrzymy na ludzi niezwykłych jak na bogów czy jak na świętych, to odkrycie każdej najdrobniejszej rysy musi sprawić, że nasza wiara legnie w gruzach. Natomiast kiedy patrzymy na naszych bohaterów jak na zwykłych ludzi, którzy pomimo codziennej krzątaniny potrafią robić rzeczy niezwykłe, to wtedy nawet ich niechlubne zachowania ujrzymy w zupełnie innym świetle.

Czy ty naprawdę patrzyłeś na Ryszarda Kapuścińskiego czy jakiegokolwiek ważnego dla ciebie człowieka jak na świętego czy idealnego bohatera?
– Oczywiście nie. Ale wielu rzeczy wcześniej o Ryśku nie wiedziałem.

Ale to, że ma teczkę czy że musiał układać się z władzą, współpracować z wywiadem, chyba cię nie zaskoczyło? Przecież bez tego w PRL-u nigdzie by nie wyjechał. Przy pozorach chęci do współpracy okazywało się, że nic z niej nie wyniknęło. Materiały, które dostarczał wywiadowi, były bezwartościowe. Nikogo nie skrzywdził.
– To mnie w ogóle nie zaskoczyło i mam swoją teorię na ten temat. On moim zdaniem nie traktował tego jako układania się z władzą. To był człowiek, który przez całe życie serce miał po lewej stronie. Przez bardzo długi czas uważał PRL za swoje państwo. To nie był cynik, który chciał dzięki partii zrobić karierę. Był idealistą i mimo że kilkakrotnie rozczarowywał się PRL-em, i tak wierzył, że to jest lepszy ład niż kapitalizm. Ład kapitalistyczny znał od najgorszej strony, od strony Trzeciego Świata, czyli miejsca, gdzie Zachód pokazał swoją najszpetniejszą twarz.

W książce pojawia się ciekawy dla mnie wątek oceny kontaktów Kapuścińskiego z wywiadem nie z punktu widzenia ideologicznego, tylko standardów dziennikarskich.
– Rzeczywiście stawiam pytanie, czy dziennikarz może mieć jakiekolwiek świadome kontakty z wywiadem.

Dziś bez wahania odpowiedzielibyśmy, że nie. Ale mówimy o czasach zimnej wojny. W książce przytaczasz przykłady dziennikarzy amerykańskich, szefów stacji telewizyjnych, wydawców dużych gazet, którzy współpracowali z CIA.
– I oceniam to krytycznie. Uważam, że żaden dziennikarz ani z krajów zachodnich, ani socjalistycznych nie powinien był tego robić, bo jeśli choć jeden korespondent to robi, wszyscy jesteśmy podejrzani. Ale robili to i jedni, i drudzy.
Oceniając Kapuścińskiego w tej sprawie, trzeba pamiętać, że w PRL-u nie było debat na temat standardów dziennikarskich, o konfliktach interesów, o istocie tego zawodu. Tak więc Kapuściński mógł wówczas nie mieć świadomości, że coś robi nie tak. Ale uważam, że z pewnością zrozumiał to później. I dlatego tak bardzo w ostatnich latach bał się wyciągnięcia na widok publiczny tej sfery jego życia. Czuł, że dziś to będzie inaczej zinterpretowane, że rzucą się na niego lustratorzy.

Mówisz, że chciałeś pokazać prawdę o swoim bohaterze. Czy uważasz, że można dotrzeć do prawdy o człowieku, czy to będzie prawda autora biografii?
– Prawda jest zawsze relatywna, a o każdym z nas jest wiele prawd. Teresa Torańska pisze na okładce mojej książki, że nie ma jednej prawdy o Ryśku i że ja te różne prawdy o nim splatam i rzucam do przemyślenia.
Można stworzyć bardzo różne opowieści o tym samym człowieku. Wyobraź sobie, że o tych wszystkich sprawach, które zebrałem, pisze ktoś nieżyczliwy Kapuścińskiemu. A więc o jego współpracy z wywiadem, o konfabulacjach w jego książkach czy wreszcie o tym, że w Polsce Ludowej umiejętnie poruszał się po korytarzach władzy. Dla mnie nie ma w tym nic bulwersującego, bo wszedłem w jego buty i spojrzałem na świat jego oczami – tej postawy uczyłem się zresztą od niego. Ale wyobraź sobie, jak napisałby o nim ktoś, komu horyzont przysłania lustracja i postrzeganie PRL-u jako nieomal III Rzeszy – a wiemy, że są i tacy.
1 2 3

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.03.15 01:51

życie osobiste Kapuścińskiego? Gdyby był kaznodzieją, albo jakimś ultra moralistą, to ok, można pogrzebać w przeszłości, czy był hipokrytą. Ale do diaska, on był pisarzem,...

Wszystkie