|
Sikorski – walczący z obciachem
rozmawia Piotr Najsztub Upiera się, że nie jest młody i nieobliczalny. Chwali się, że zna angielski, i zapowiada „panowanie” w wersji light i fitness. Panie i panowie! Kandydat na kandydata! – Radek Sikorski!
Rozmowa odbyła się 23 lutego 2010 roku w Warszawie
Umie pan przegrywać? – Wolę wygrywać. Umie pan przegrywać? – W życiu przeważnie udawało mi się wchodzić w te spory, w których nie tylko miałem przekonanie co do swoich racji, ale też szansę na sukces. Gdy jechałem na wojnę w Afganistanie, wielu nie dawało szans na sukces... Że pokona pan Związek Radziecki? – A ja ten sukces po stronie partyzantów widziałem i – jak pan wie – wygraliśmy. Pytam raczej o radzenie sobie z osobistą porażką, bo mężczyzna musi się tego nauczyć, nie rodzi się z tym. – Jestem dziwnie spokojny, że o moich porażkach chętnie porozmawiają moi konkurenci, więc proszę tego ode mnie nie wymagać. Po co pan się stara o prezydenturę? Jest pan młodym człowiekiem, dajmy na to zostanie pan prezydentem, może nawet będzie reelekcja... – Przerwę panu, bo rozmawiamy w dniu moich 47. urodzin. Przerwę panu, bo rozmawiamy w przeddzień moich 48., a ja uważam, że jestem młodym człowiekiem. – Gratuluję dobrego samopoczucia. Jednak rozmawiamy w kategoriach politycznych i to dokładnie ten wiek, w którym prezydent USA objął urząd, a prezydent Kwaśniewski był o pięć lat młodszy ode mnie, gdy obejmował urząd. Na prezydentów USA, gdy kończą prezydenturę, czeka cały program zagospodarowujący im życie. Oni mają co robić i nie są po prostu emerytami o głośnych nazwiskach. A w Polsce, widać to na przykładzie prezydenta Kwaśniewskiego, tego programu nie ma. Więc po prezydenturze nie byłoby już miejsca dla pana w polskiej polityce. Chce pan tak skończyć? – Rzeczywiście uważam, że to jest ułomność naszego systemu i stąd moja propozycja, aby byli prezydenci zostawali dożywotnimi senatorami. I odejdźmy już od staroświeckiego przekonania, że bardzo ważnym urzędnikiem państwowym jest się do końca życia. Czy to w parlamencie, czy w kolejnych ministerstwach ciągle sobie przypominam, że jestem tutaj tylko gościem. I że przyjdzie ten moment, kiedy wsiądę rano do samochodu, otworzę gazetę, a samochód nie pojedzie, bo już zostałem odwołany i nie mam kierowcy. Doceniam żart. Ale co potem? – Pije pan pod niewłaściwy adres, bo zanim zostałem ministrem, prezentowałem stanowisko Polski, argumenty na rzecz naszego regionu, w ważnych think tankach w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli to robiłem, zanim zostałem parlamentarzystą, a co dopiero ministrem, to znacznie skuteczniej mógłbym to robić z prestiżem byłego ministra czy wyżej. Zaskoczyła pana decyzja Tuska o niekandydowaniu? – O jego wahaniach dowiedziałem się wiele miesięcy temu, więc kiedy decyzja zapadła, nie była dla mnie zaskoczeniem. Dreszcz przeszedł po plecach, że oto rysuje się szansa? – Pojawił się, gdy premier zaakceptował koncepcję prawyborów, które mają się rozegrać wśród członków partii, bo wtedy trzeba liczyć, że członkowie PO mają podobne preferencje jak większość społeczeństwa, a ona widziałaby mnie na tym urzędzie. Kiedy po raz pierwszy rozmawiał pan o tym z żoną? – Zeszłego lata. Pan ją przekonywał, że chciałby, że powinien, czy pytał ją, jak ocenia pana szanse? – Żona życzyła mi zwycięstwa przy wigilijnym opłatku w ostatnie święta. To dziwne. Przecież dla niej bycie żoną prezydenta to kłopot, bo jest aktywną publicystką o znaczącym głosie. – Jak mawia klasyk języka polskiego: są plusy dodatnie i plusy ujemne w byciu żoną polityka. Byłem już politykiem, gdy się pobieraliśmy, więc mógłbym powiedzieć obcesowo: widziały gały, co brały. Ale już wtedy pokazywał pan jej plecak, w którym była buława? – Gdy 18 lat temu braliśmy ślub, byłem już byłym wiceministrem obrony. Od tego czasu ponownie byłem wiceministrem, senatorem, posłem i ministrem obrony. Żadnych zaskoczeń. Panie ministrze kandydacie, nie obawia się pan, że żydowskie pochodzenie pana żony może stanowić wyborczy problem w Polsce, w której istnieje podskórny antysemityzm? – Nie jestem panu wdzięczny za to, że pan wywołuje złego ducha... Nic nie wywołuję. Widzę go. –...z lasu, że pan pyta o coś, co nie jest kwestią debaty publicznej. Mam wiarę w tolerancję Polaków, w ich zdrowy rozsądek. Nie zauważyłem, żeby kłopotem kiedykolwiek był protestantyzm Jerzego Buzka czy Adama Małysza. To będzie tak: najpierw na forach internetowych zaroi się od obelg pod adresem pańskiej żony, również pana... – To nic nowego. Tyle że będą boleśniejsze, bo arsenał obelg antysemickich jest dotkliwy. Czy pan w swoich kalkulacjach wyborczych bierze ten element pod uwagę? – Biorę to pod uwagę, myślałem o tym i rozmawiałem z przyjaciółmi. Uważam, że jest margines polskiego społeczeństwa, który uważa, że to dyskwalifikuje moją kandydaturę. Ale większość z nich i tak nie głosuje na Platformę Obywatelską. A proszę zważyć na zalety sytuacji, w której mimo tego marginesu bym wygrał. Co by to powiedziało Polakom o nas samych i co by to powiedziało światu o Polsce? Rozmawiałem z amerykańskimi przyjaciółmi, którzy też o to zapytali i którzy po rozmowie doszli do wniosku, że właściwie to jest tak jak u nich. To byli akurat ludzie, którzy zawsze głosowali na Republikanów, a w ostatnich wyborach głosowali na Obamę. Dlaczego? Bo powiedzieli, że „a niech są na parę lat wyższe podatki, ale chcemy, żeby ta sprawa rasy w naszym kraju raz na zawsze została zamknięta. Pewnie u was jest tak samo, ludzie już mają dość bycia oskarżanymi o antysemityzm”. Coś pan mruczy pod nosem, jak czyta o sobie „nieprzewidywalny kandydat”? – Czekam na jakieś przykłady tych moich nieprzewidywalnych decyzji jako ministra obrony czy ministra spraw zagranicznych. A z drugiej strony to nie ja jeździłem na jakiś posterunek w górach w nocy, żeby usłyszeć strzał ostrzegawczy, i nie ja chodziłem na wiece i zapowiadałem walkę z Rosją. A pod adresem tamtego polityka ten zarzut nie pada. Uważam, że jeżeli jest się wyrazistym politykiem – a ja taki jestem – to zdarza się czasami człowiekowi wypowiedź, której potem żałuje, a przynajmniej żałuje jej interpretacji. W tym kontekście przywoływane jest to, że porównał pan umowę o rurociągu północnym do paktu Ribbentrop–Mołotow. – A co ja powiedziałem? Opinia publiczna zapamiętała, że powiedział pan, że rurociąg północny jest współczesnym paktem Ribbentrop–Mołotow. – A faktycznie powiedziałem, że rurociąg północny był umową zawartą ponad naszymi głowami. A my, Polacy, mamy alergię na umowy zawarte ponad naszymi głowami, takie jak... I tu wymieniłem parę takich umów, w tym tę, o której pan mówi. Czy w tym znajduje pan coś nieprzewidywalnego albo nagannego? wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.03.21 18:07
Przecież wpływ ciśnienia atmosferycznego na samopoczucie u ludzi szczególnie wrażliwych tzw. meteo(ro)patów jest udowodniony. Co do grypy od otwartego okna, to istotnie ciemnogród... malwa
2010.03.10 14:28
Chyba Pan jeszcze nie dorosl do tej konkurencji. Zapewne nie mozna Panu odmowic odwagi osobistej i osiagniec ale te panskie stwierdzenia typu -"kiedy jechalem na wojen w Afganistanie.......i... 2010.03.10 10:17
my Polacy wybieramy zawsze obciachowych, Sikorski dobrze wpisuje się w tradycję obciachu, więc pewno będzie wybrany ola
2010.03.09 21:00
tego pytania najbardziej mi w wywiadzie brakowało. Zresztą cały wywiad był przewidywalny jak pytania Olejnik w każdej kropce nad kimkolwiek najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|