Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Sikorski – walczący z obciachem
9.03.2010
Sikorski – walczący z obciachem

rozmawia Piotr Najsztub

Upiera się, że nie jest młody i nieobliczalny. Chwali się, że zna angielski, i zapowiada „panowanie” w wersji light i fitness. Panie i panowie! Kandydat na kandydata! – Radek Sikorski!

Powiększ zdjęcie

Sikorski fot. Wiktor Dąbkowski/PAP
Rozmowa odbyła się 23 lutego 2010 roku w Warszawie

Umie pan przegrywać?
– Wolę wygrywać.

Umie pan przegrywać?
– W życiu przeważnie udawało mi się wchodzić w te spory, w których nie tylko miałem przekonanie co do swoich racji, ale też szansę na sukces. Gdy jechałem na wojnę w Afganistanie, wielu nie dawało szans na sukces...

Że pokona pan Związek Radziecki?
– A ja ten sukces po stronie partyzantów widziałem i – jak pan wie – wygraliśmy.

Pytam raczej o radzenie sobie z osobistą porażką, bo mężczyzna musi się tego nauczyć, nie rodzi się z tym.
– Jestem dziwnie spokojny, że o moich porażkach chętnie porozmawiają moi konkurenci, więc proszę tego ode mnie nie wymagać.

Po co pan się stara o prezydenturę? Jest pan młodym człowiekiem, dajmy na to zostanie pan prezydentem, może nawet będzie reelekcja...
– Przerwę panu, bo rozmawiamy w dniu moich 47. urodzin.

Przerwę panu, bo rozmawiamy w przeddzień moich 48., a ja uważam, że jestem młodym człowiekiem.
– Gratuluję dobrego samopoczucia. Jednak rozmawiamy w kategoriach politycznych i to dokładnie ten wiek, w którym prezydent USA objął urząd, a prezydent Kwaśniewski był o pięć lat młodszy ode mnie, gdy obejmował urząd.

Na prezydentów USA, gdy kończą prezydenturę, czeka cały program zagospodarowujący im życie. Oni mają co robić i nie są po prostu emerytami o głośnych nazwiskach. A w Polsce, widać to na przykładzie prezydenta Kwaśniewskiego, tego programu nie ma. Więc po prezydenturze nie byłoby już miejsca dla pana w polskiej polityce. Chce pan tak skończyć?

– Rzeczywiście uważam, że to jest ułomność naszego systemu i stąd moja propozycja, aby byli prezydenci zostawali dożywotnimi senatorami. I odejdźmy już od staroświeckiego przekonania, że bardzo ważnym urzędnikiem państwowym jest się do końca życia. Czy to w parlamencie, czy w kolejnych ministerstwach ciągle sobie przypominam, że jestem tutaj tylko gościem. I że przyjdzie ten moment, kiedy wsiądę rano do samochodu, otworzę gazetę, a samochód nie pojedzie, bo już zostałem odwołany i nie mam kierowcy.

Doceniam żart. Ale co potem?
– Pije pan pod niewłaściwy adres, bo zanim zostałem ministrem, prezentowałem stanowisko Polski, argumenty na rzecz naszego regionu, w ważnych think tankach w Europie, w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli to robiłem, zanim zostałem parlamentarzystą, a co dopiero ministrem, to znacznie skuteczniej mógłbym to robić z prestiżem byłego ministra czy wyżej.

Zaskoczyła pana decyzja Tuska o niekandydowaniu?
– O jego wahaniach dowiedziałem się wiele miesięcy temu, więc kiedy decyzja zapadła, nie była dla mnie zaskoczeniem.

Dreszcz przeszedł po plecach, że oto rysuje się szansa?
– Pojawił się, gdy premier zaakceptował koncepcję prawyborów, które mają się rozegrać wśród członków partii, bo wtedy trzeba liczyć, że członkowie PO mają podobne preferencje jak większość społeczeństwa, a ona widziałaby mnie na tym urzędzie.

Kiedy po raz pierwszy rozmawiał pan o tym z żoną?

– Zeszłego lata.

Pan ją przekonywał, że chciałby, że powinien, czy pytał ją, jak ocenia pana szanse?

– Żona życzyła mi zwycięstwa przy wigilijnym opłatku w ostatnie święta.

To dziwne. Przecież dla niej bycie żoną prezydenta to kłopot, bo jest aktywną publicystką o znaczącym głosie.
– Jak mawia klasyk języka polskiego: są plusy dodatnie i plusy ujemne w byciu żoną polityka. Byłem już politykiem, gdy się pobieraliśmy, więc mógłbym powiedzieć obcesowo: widziały gały, co brały.

Ale już wtedy pokazywał pan jej plecak, w którym była buława?
– Gdy 18 lat temu braliśmy ślub, byłem już byłym wiceministrem obrony. Od tego czasu ponownie byłem wiceministrem, senatorem, posłem i ministrem obrony. Żadnych zaskoczeń.

Panie ministrze kandydacie, nie obawia się pan, że żydowskie pochodzenie pana żony może stanowić wyborczy problem w Polsce, w której istnieje podskórny antysemityzm?
– Nie jestem panu wdzięczny za to, że pan wywołuje złego ducha...

Nic nie wywołuję. Widzę go.
–...z lasu, że pan pyta o coś, co nie jest kwestią debaty publicznej. Mam wiarę w tolerancję Polaków, w ich zdrowy rozsądek. Nie zauważyłem, żeby kłopotem kiedykolwiek był protestantyzm Jerzego Buzka czy Adama Małysza.

To będzie tak: najpierw na forach internetowych zaroi się od obelg pod adresem pańskiej żony, również pana...
– To nic nowego.

Tyle że będą boleśniejsze, bo arsenał obelg antysemickich jest dotkliwy. Czy pan w swoich kalkulacjach wyborczych bierze ten element pod uwagę?
– Biorę to pod uwagę, myślałem o tym i rozmawiałem z przyjaciółmi. Uważam, że jest margines polskiego społeczeństwa, który uważa, że to dyskwalifikuje moją kandydaturę. Ale większość z nich i tak nie głosuje na Platformę Obywatelską. A proszę zważyć na zalety sytuacji, w której mimo tego marginesu bym wygrał. Co by to powiedziało Polakom o nas samych i co by to powiedziało światu o Polsce? Rozmawiałem z amerykańskimi przyjaciółmi, którzy też o to zapytali i którzy po rozmowie doszli do wniosku, że właściwie to jest tak jak u nich. To byli akurat ludzie, którzy zawsze głosowali na Republikanów, a w ostatnich wyborach głosowali na Obamę. Dlaczego? Bo powiedzieli, że „a niech są na parę lat wyższe podatki, ale chcemy, żeby ta sprawa rasy w naszym kraju raz na zawsze została zamknięta. Pewnie u was jest tak samo, ludzie już mają dość bycia oskarżanymi o antysemityzm”.

Coś pan mruczy pod nosem, jak czyta o sobie „nieprzewidywalny kandydat”?
– Czekam na jakieś przykłady tych moich nieprzewidywalnych decyzji jako ministra obrony czy ministra spraw zagranicznych. A z drugiej strony to nie ja jeździłem na jakiś posterunek w górach w nocy, żeby usłyszeć strzał ostrzegawczy, i nie ja chodziłem na wiece i zapowiadałem walkę z Rosją. A pod adresem tamtego polityka ten zarzut nie pada. Uważam, że jeżeli jest się wyrazistym politykiem – a ja taki jestem – to zdarza się czasami człowiekowi wypowiedź, której potem żałuje, a przynajmniej żałuje jej interpretacji.

W tym kontekście przywoływane jest to, że porównał pan umowę o rurociągu północnym do paktu Ribbentrop–Mołotow.

– A co ja powiedziałem?

Opinia publiczna zapamiętała, że powiedział pan, że rurociąg północny jest współczesnym paktem Ribbentrop–Mołotow.
– A faktycznie powiedziałem, że rurociąg północny był umową zawartą ponad naszymi głowami. A my, Polacy, mamy alergię na umowy zawarte ponad naszymi głowami, takie jak... I tu wymieniłem parę takich umów, w tym tę, o której pan mówi. Czy w tym znajduje pan coś nieprzewidywalnego albo nagannego?
1 2 3

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.03.21 18:07

Przecież wpływ ciśnienia atmosferycznego na samopoczucie u ludzi szczególnie wrażliwych tzw. meteo(ro)patów jest udowodniony. Co do grypy od otwartego okna, to istotnie ciemnogród...

malwa

Chyba Pan jeszcze nie dorosl do tej konkurencji. Zapewne nie mozna Panu odmowic odwagi osobistej i osiagniec ale te panskie stwierdzenia typu -"kiedy jechalem na wojen w Afganistanie.......i...

my Polacy wybieramy zawsze obciachowych, Sikorski dobrze wpisuje się w tradycję obciachu, więc pewno będzie wybrany

tego pytania najbardziej mi w wywiadzie brakowało. Zresztą cały wywiad był przewidywalny jak pytania Olejnik w każdej kropce nad kimkolwiek

Wszystkie