|
Jarmusch: Nie lubię być na smyczy
rozmawia Ola Salwa Jak to się stało, że robi filmy, a nie muzykę, i o tym, dlaczego nie możecie do niego zadzwonić ani wysłać e-maila, Oli Salwie opowiada Jim Jarmusch, reżyser goszczącego właśnie w polskich kinach „The Limits of Control”
¿Usted no habla español, verdad?
– Słucham? Spytałam, czy nie mówi pan po hiszpańsku. – Nie. Ja też nie, ale w „The Limits of Control” to zdanie jest hasłem, od którego zaczyna się wiele ciekawych rozmów. Cały film z kolei otwiera fragment wiersza Artura Rimbauda „Statek pijany”. Dlaczego wybrał go pan jako motto? – To wiersz typowy dla twórczości Rimbauda, a ja chciałem rozpocząć film poezją. Wersy o odpychaniu się od brzegu, podróży w nieznane, w dziwne rejony i wypływanie na niebezpieczne wody wydały mi się bardzo trafne. To tyle, jeśli chodzi o analizę. Nie przepadam za tłumaczeniem się ze swoich artystycznych decyzji. A jednak chciałabym, żeby pan jeszcze trochę się potłumaczył. Dlaczego nakręcił pan film w Hiszpanii, skoro tak chętnie cytuje w nim nie tylko francuskiego poetę, ale i filmowców: Rivette’a, Godarda, Melville’a? – Wszystko zaczęło się przed kilkoma laty, kiedy zapragnąłem napisać scenariusz dla Isaacha De Bankolégo [odtwórca głównej roli w „The Limits of Control” – przyp. red.]. Miał grać przestępcę wynajętego do wykonania pewnej misji. Przez długi czas zbierałem pomysły do tego projektu i to wtedy poczułem, że pociąga mnie Hiszpania. Nigdy nie kręciłem tam filmu, a akcja „The Limits of Control” dzieje się w trzech częściach kraju: nowoczesnym Madrycie, w Sewilli oraz w górzystej Almeríi. Tam zresztą powstało wiele innych filmów. Głównie spaghetti westernów. – Nie tylko. Nakręcono tam też wielkie hollywoodzkie produkcje w rodzaju „King of Kings” Nicholasa Raya. Nie potrafię jednak wytłumaczyć, dlaczego wybrałem Hiszpanię. Po prostu poczułem, że ten kraj mnie przyciąga. Stwierdzenie, że interesuje pana kino drogi, to oczywistość. Zastanawia mnie jednak, czy także w ten sposób – jako wyprawę – postrzega pan proces powstawania filmu? – Zdecydowanie tak. Gdy zaczynaliśmy zdjęcia do „The Limits of Control”, scenariusz jeszcze nie istniał. Mieliśmy tylko moje 25-stronicowe opowiadanie, w którym nie umieściłem żadnych dialogów. Pisałem je i szukałem plenerów już po rozpoczęciu zdjęć, więc film odsłaniał się w trakcie pracy nad nim. Tworzenie kina to dla mnie zbieranie różnych elementów i składanie ich w całość podczas montażu. Pisanie, zdjęcia, montaż to droga. I akurat w tym wypadku rownież świadomie wybrana strategia. Która nie przypadła do gustu amerykańskim widzom. Co mnie zresztą nie dziwi, bo wędrówka bez celu nie jest szczególnie ceniona w kraju, gdzie posiadanie tegoż jest kulturowym wymogiem. – Film nie odniósł sukcesu w USA, choć podobał się niektórym widzom i krytykom. Amerykanie mają specyficzne oczekiwania wobec kina, a my ich umyślnie nie spełniliśmy. Film nie jest szczególnie emocjonujący, nie ma równego tempa, zbyt wielu dialogów ani akcji. Tej ostatniej właściwie nie ma w ogóle. Dla dużej części widowni, szczególnie w Ameryce, to rzecz nie do przyjęcia. Co dziwi mnie o tyle, że oglądanie „The Limits of Control” nie wymaga wielkiego intelektualnego wysiłku. To rodzaj podróży, snu, w trakcie którego nie musisz myśleć. Moim zdaniem zrobił pan po prostu film o kinie. To jasne już od jednej z pierwszych scen, gdy widzimy bohatera w samolocie linii Air Lumière. – Rzeczywiście tak jest. Lubię słuchać opinii widzów, bo wszystkie są słuszne. Nie ma jednego klucza do mojego filmu i nie do mnie należy mówienie, o czym tak naprawdę opowiadam. Od początku chcieliśmy zrobić film otwarty na wszelkie interpretacje. Czy dlatego też zatrudnił pan operatora Christophera Doyle’a, który ma bardzo poetycki styl i jest kojarzony z filmami Wong Kar-waia? – Znamy się z Chrisem od dawna, a zrobiliśmy razem tylko wideoklipy dla Jacka White’a i Raconteurs. Kiedy rozpoczynałem pracę nad „The Limits of Control”, akurat miał wolne. On pracuje w sposób intuicyjny i to było dla mnie najważniejsze. Nigdy nie spisuję listy ujęć, nie rysuję storyboardów, czasem szkicuję ujęcia. Gdy wchodzimy na plan, wyrzucam szkice i idę za głosem intuicji. Chris także. A z jakiego powodu zaangażował pan Billa Murraya i Tildę Swinton, którzy grali w poprzednim pana filmie „Broken Flowers”? – Bill jest wszechstronny, lecz uwięziony w szufladce aktora komediowego. W „Broken Flowers” chciałem pokazać jego prawdziwe możliwości. Gdy kompletowałem obsadę „The Limits of Control”, zadzwoniłem do niego i oświadczyłem: „Mam dla ciebie rolę, ale to niemiły, niezabawny i trochę straszny gość”. Bill na to: „Czyli mam zagrać siebie?”. Tilda to z kolei ciekawy przypadek aktorki, która zaczynała w kinie awangardowym i choć potem została gwiazdą filmową, wciąż ciągnie ją do oryginalnych, nietypowych projektów. Scenariusz piszę pod konkretnych aktorów, mając nadzieję, że zgodzą się u mnie zagrać. Specjalnie dla pana napisano epizod w serialu komediowym „Bored to Death”. W jednej scenie jeździ pan na staroświeckim rowerze. – Sam to wymyśliłem. Chciano, żebym pływał w basenie, ale to wydało mi się takie hollywoodzkie, więc zaproponowałem, że będę jeździć rowerem na poddaszu. Ale jeździ pan tym rowerem w kółko. To niezbyt po jarmuschowsku. – Taaak, po prostu chciałem pojeździć na rowerze (śmiech). Cieszy mnie ten komentarz. Rzeczywiście nie chciałbym, aby ktoś pomyślał, że kręcę się w kółko. Twórcy kina drogi muszę zadać to pytanie: jaki poza rowerem jest pana ulubiony środek transportu? – Nogi. Lubię spacerować, bo to podróż w niespiesznym tempie i można zobaczyć wiele ciekawych rzeczy. Uwielbiam szwendać się po mieście bez celu, lubię się gubić i nie znać powrotnej drogi. Lubię też pojazdy jednośladowe: rowery, motocykle. Choć lubię też samochody, bo jeżdżąc nimi, mogę sam wybierać trasę. Gdy jadę, bardzo dużo rozmyślam. Dla wielu pańskich bohaterów muzyka to najlepszy towarzysz podróży. Dla pana także? – Dla mnie to przede wszystkim najpiękniejsza forma ekspresji. Nie wyobrażam sobie świata bez niej. Czemu więc robi pan filmy, a nie muzykę? – Kiedyś grałem i niedawno do tego wróciłem. Mam zespół – The Bad Rabbits – właśnie skończyliśmy pracę nad nowym albumem. Komponuję od dawna, ale kręcenie filmów pożera sporo czasu. Poza tym przyjaźnię się z tyloma muzykami, że sam wolę nie grać. Gdy ogląda się pańskie filmy, można odnieść wrażenie, że początkiem jest muzyka, do której dopisuje pan historię. – Generalnie muzyka pojawia się na wczesnym etapie powstawania filmu. Gdy piszę scenariusz, dużo słucham. Przy „The Limits of Control” muzyka, zwłaszcza psychodeliczny, gitarowy rock japońskiego zespołu Boris, od początku mnie inspirowała. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.02.23 18:28
Limits of Control to cudo. Pierwszy sen na jawie jaki mi sie przytrafił. szalik
2010.02.02 18:00
Jim, co sie z toba dzieje? Limits of Control to film poroniony na tak wielu poziomach, ze trudno mowic przy nim o jakiejkolwiek interpretacji... swoja droga - "film otwarty na wszelkie... najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|