|
Kowalczyk będzie szaloną babcią
rozmawia Piotr Najsztub Nigdy bym się nie spodziewała, że ja, ten pyskaty człowiek, który gada, co chce i kiedy chce, zdobędzie taką sympatię kibiców – dziwi się biegaczka Justyna Kowalczyk, nasza nadzieja na wzrost polskiego PKB
Rozmowa odbyła się 13 stycznia 2010 roku w Warszawie
Humor Polaków zależy tej zimy w dużej mierze od pani, naszej największej nadziei w igrzyskach zimowych. Jak się pani uda, to i nam się uda. To duża odpowiedzialność? – Zaczęłam niedawno zdawać sobie z niej sprawę, więc jeszcze się z tym nie oswoiłam. A postaram się, żeby ten humor był jak najlepszy. Niektórzy naukowcy twierdzą wręcz, że wzrost gospodarczy kraju zależy też od sukcesów sportowych, więc walczyć będzie pani nie tylko o medale, ale też o produkt krajowy brutto. – Stop, stop, stop! Niech każdy pracuje jak najlepiej, niezależnie od moich wyników, a wtedy na pewno PKB wzrośnie! My, sportowcy, też oczywiście musimy pracować jak najlepiej. Zresztą jestem pracowita tylko na nartach, a ogólnie lubię się lenić. Już pani skończyła pisać pracę magisterską, w której analizowała własne obciążenia treningowe? – We wrześniu ją obroniłam i dotyczy obciążeń w wieku juniorskim. Czy kiedy je pani przeanalizowała, nie pomyślała pani, że przesadziła, że to było ponad siły nastolatki? – Tak, zdecydowanie... Porównuję w tej pracy własne obciążenia ze Skandynawkami, z Rosjankami i wyszło mi, że zdrowo przesadziłam... Ale rezultaty są, więc wszystko w porządku. We wnioskach końcowych pracy nie napisała pani, że Justyna Kowalczyk powinna przemyśleć swoje metody treningowe i mniej trenować? – Nie. Zresztą za moje metody treningowe jest odpowiedzialny mój trener, więc proszę całej winy na mnie nie zwalać. Napisałam tylko, że „nie powinno się jednak brać przykładu z tej dziewczyny” i że trzeba dobrze przemyśleć, jeżeli chce się kopiować jej trening. Co takiego jest w pani, że się nie zakatowała tak morderczym treningiem? – Po prostu twarda dziewczyna ze wsi jestem. Dzieciństwa nie miałam najlżejszego, na wsi trzeba dużo pracować i ja od tej pracy nie stroniłam, a w domu mnie wychowano w przekonaniu, że tylko praca daje jakiś wymierny rezultat. Pierwsze prace, które pani pamięta? – Dziecko na wsi pracuje zawsze, oczywiście trzylatek nie dźwiga wielkich ciężarów, ale ze swoimi grabkami idzie na pole, tam zbiera sianko, zboże, i ja tak robiłam. Praca towarzyszyła mi od zawsze i bez przerwy – to mnie ukształtowało. Czyli nie była pani taką dziewczynką, która uciekała w pola, obserwowała motyle, kwiatki, oddawała się marzeniom? – Nie, z reguły musiałam być jednak na polu. Biegi narciarskie to taka dyscyplina, w której zawodnik jest przez długi czas sam ze sobą. O czym pani wtedy myśli? – Trzeba myśleć bardzo dużo, ale tylko i wyłącznie na temat tego, co się robi, czyli taktyki, techniki, tego, co będzie za chwilę na trasie, jak się zachowują rywalki. Na żadne inne lekkie przemyślenia nie ma ani czasu, ani siły, nie mam takich zwykłych myśli. Czyli nie ma szans na myśli o filmie, który pani widziała dzień wcześniej? – Na pewno nie. A może właśnie takie myśli pomogłyby, oderwałyby mózg od organizmu i pozwoliły organizmowi lepiej biec? – To na pewno bardzo dobra teoria, tyle że tak się nie da. To tak duże zmęczenie, że nie da rady się od niego oderwać. Pamięta pani po biegu te myśli, to jest „Biegnij szybciej, Justyna!”? – Lepiej na ten temat nie rozmawiajmy... Porozmawiajmy. – Różnie sobie dogaduję, jeżeli zrobię jakiś błąd, to sobie nieprzyjemne słowa mówię, jeżeli coś dobrze wykonam, to się chwalę... A w myślach jak pani do siebie mówi: „Justyna”, „Justysia”? – Justyna. Już trochę za stara jestem na tę Justysię. Interesuje się pani rywalkami, czyta pani o nich, rozmowy z nimi, jakie mają życie, czym się interesują? – Z niektórymi najprościej na świecie się przyjaźnię i wtedy mnie interesuje, jak im się układa życie prywatne. Można się zaprzyjaźnić z takim żelaznym rywalem? – Można, rywalami jesteśmy na starcie, a tak naprawdę ten sport jest tak ciężki, że bardzo zbliża ludzi i poza zawodami, na treningach, ze sobą rozmawiamy, umawiamy się na spotkania, urodziny... Naprawdę nie ma po wygranym albo przegranym biegu takiego momentu, że jesteście wściekłe na siebie? – Nie, jeżeli przegram bieg, to tylko dlatego, że ja czegoś nie wykonałam tak jak trzeba, a więc mogę być tylko i wyłącznie na siebie wściekła. A nie na tę drugą, która pani zabrała zwycięstwo? – Ona nie zabrała, to ja zrobiłam tak, że nie potrafiłam z nią wygrać. Kiedy jesteście razem, potraficie się bawić beztrosko czy taki zawód i ból jednak trochę w was tę radość zabija? – O, jesteśmy bardzo beztroscy! Często miejscem spotkań w mojej dyscyplinie jest sauna, tam jest naprawdę fajnie i śmiesznie, i oczywiście są też sportowe rozmowy, bo tym żyjemy, ale to są bardziej analizy niż zacięte dyskusje. A co można śmiesznego robić w saunie? – Przede wszystkim sauna to miejsce, gdzie jest ciepło i można siedzieć, to już dla nas bardzo dużo. Ponieważ moje przyjaźnie to w większości rosyjscy zawodnicy i zawodniczki, wschodnia część naszego świata, a u nich sauna to jest cała kultura i tradycja... Czyli bania. – Dokładnie, więc u nich się tam i rozmawia, i je, i śmieje, i na piwko można sobie pozwolić, więc naprawdę jest śmiesznie. Czuje się pani bardziej częścią wschodniej cywilizacji niż zachodniej? – Myślę, że jestem takim mostem – w biegach narciarskich – między wschodem a zachodem, często się tak czuję, ale sama zdecydowanie wolę przebywać ze wschodem. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.01.27 11:27
Panie Piotrze! Błagam - niech chociaż Pan odróżnia OLIMPIADĘ od IGRZYSK............. Błagam! 2010.01.26 21:46
Piotr Najsztub akurat w nie najlepszej formie,pytania miałkie.Pan Redaktor nie czuje sportu.A ma przed sobą Diament w czystej formie-piękną kobietę ze stalowym charakterem. Uwielbiam... hanys
2010.01.26 17:59
jest pani wielka,mocna w mowie w usmiechu i pania mozna sluchac inni przy pani to staruszkowie bez ikry aby tak dalej trzymam kciuki najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 8.03.2010Rysunki Marka Raczkowskiego z „Przekroju”, numer 10/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski polecamy numer 10/2010
|
|