|
Anderson - nowy darmowy świat
rozmawiał Mariusz Herma Czym jest „długi ogon”, a czym „gruby środek”, dlaczego wkraczamy w erę darmowych produktów, dlaczego YouTube przyniesie zysk, a Google nie musi płacić za Internet – wyjaśnia Chris Anderson, redaktor naczelny wizjonerskiego magazynu „Wired” Przeczytaj także: – Tak, o ile interesują ich dobra cyfrowe, których ceny będą błyskawicznie zmierzać ku zeru. Nie wszystko będzie darmowe, ale wszystko będzie posiadać swoją darmową wersję. Większość wybierze właśnie ją, ale część dobrowolnie zapłaci za wersję premium. Free będzie opcją. Słowo „darmowy” nabiera pańskim zdaniem nowego znaczenia? – Tradycyjne „za darmo” opiera się na triku: kiedyś rozdawano mężczyznom maszynki do golenia, licząc na sprzedaż nożyków. Dzisiaj dostajesz telefon komórkowy w zamian za podpisanie dwuletniej umowy abonenckiej. Cyfrowe „darmo” jest inne: nie chodzi o przenoszenie kosztów z jednego produktu na inny, ale o to, że sam koszt produkcji i dystrybucji błyskawicznie topnieje. A więc i jego cena zmierza do zera. W świecie fizycznym to nie działa w ten sposób. – Bo koszty produkcji i dystrybucji maleją powoli, a bywa, że wręcz rosną. Freeconomia jest napędzana prawem Moore’a*: cena jednostki mocy obliczeniowej co 18 miesięcy maleje o połowę. A ceny łącz internetowych i przestrzeni dyskowej spadają jeszcze prędzej. Zsumuj te krzywe i okaże się, że koszt prowadzenia biznesu online zmierza ku jednemu punktowi – zero. W warunkach wolnej konkurencji koszt krańcowy wyznacza cenę, a nie ma bardziej konkurencyjnego rynku niż Internet. Przecież serwery i procesory wciąż sporo kosztują. – Ale są coraz bardziej wydajne. Z roku na rok obsługują rosnącą liczbę użytkowników, zatem cena jednostkowa maleje. Deflacyjne działanie technologii po doświadczeniach XX wieku to nic zaskakującego, lecz szybkość tego procesu jest zawrotna. Yahoo! oferuje za darmo konta pocztowe z nieograniczoną pojemnością i nikt się temu nie dziwi. Wszyscy uważają to za naturalne. Jeśli minimalny koszt pomnożymy przez miliony użytkowników, wyjdzie nam z tego gigantyczna kwota. Dlatego YouTube ciągle przynosi straty. – YouTube osiągnął ogromny sukces na innym polu: zgromadził rzeszę odbiorców, której mogą mu pozazdrościć stacje telewizyjne. I wbrew pozorom portal przynosi swojemu właścicielowi wymierne zyski, nawet jeśli sam ich nie osiąga, bo generuje dodatkowy ruch w serwisach Google. Zresztą YouTube już w tym roku zamierza wypracować zysk, co byłoby niezłym wynikiem jak na firmę powstałą przed zaledwie pięcioma laty. Niewiele wiemy o kosztach funkcjonowania serwisu, które moim zdaniem nie są tak wysokie, jak się szacuje. Google przecież nie płaci za dostęp do Internetu – Google jest Internetem. A przynajmniej sporą jego częścią. Jednak bardziej istotne niż poziom kosztów jest to, że jakiekolwiek one są, w ciągu roku zmaleją o połowę. Bo tak funkcjonuje świat wirtualnych technologii. W swojej książce w ogóle wydziela pan nowy rynek – rynek ceny zerowej, działający według innych zasad niż rynki nawet najtańszych produktów. – Pomiędzy „zero” a „prawie zero” istnieje ogromna przepaść psychologiczna. Określamy to zjawisko jako penny gap. Okazuje się, że ludzie widzą większą różnicę pomiędzy ceną zerową oraz jednym pensem niż pomiędzy pensem i funtem. Samo słowo free automatycznie kreuje gigantyczny popyt. Google o tym wie i dlatego nie próbuje pobierać od nas nawet najmniejszych opłat. Ci, którzy testowali rozmaite mikropłatności, ponieśli sromotną klęskę. A jednak Google i Yahoo! coś z mojego klikania mają. – Twój czas i własną reputację. Dzięki nim sprzedają reklamy. W ten sposób niemonetarne wartości nabierają charakteru monetarnego. Skoro każdy z nas dysponuje podobną kwotą na koncie czasu, to czy Internet będzie pierwszym naprawdę demokratycznym rynkiem? – Uwaga uwadze nierówna. Tysiąc godzin uwagi indyjskich internautów nie przyniesie nam żadnych pieniędzy, bo reklamodawcom nie zależy na dotarciu do tych ludzi. Tysiąc godzin uwagi menedżerów dużych firm to skarb. Nawet wtedy, gdy czas – zgodnie z powiedzeniem – będzie pieniądzem, nadal każdy będzie miał swoją indywidualną walutę, swój własny kurs. Reklamy będą jedynym źródłem sieciowego zarobku? – Inny model nazywamy Freemium: przyciągamy użytkowników usługami bezpłatnymi, bo to najlepsza reklama. Następnie oferujemy coś więcej – już odpłatnie. Na szeroką skalę wykorzystuje to już mikroblogowy serwis Twitter. W Internecie wystarczy, że co setna osoba wykupi płatne bonusy, aby dostawca mógł utrzymać darmowe usługi dla 99 pozostałych. Łącza, pamięć, procesory – to wszystko tanieje. Ale przecież paliwem Internetu są treści, a te kosztują. – Co?! Policz wszystkie internetowe stacje radiowe, policz utwory dostępne za darmo na MySpace, popatrz, ilu ludzi publikuje na Twitterze i blogach! Większość internetowych treści tworzą hobbyści. Razem z kolegami nagrywamy muzykę dla czystej zabawy i natychmiast publikujemy ją w sieci. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|