|
Jolanta Kwaśniewska: za młoda na prezydenta
rozmawia Piotr Najsztub Może jak będę starsza, zmienię mój stosunek do polityki – mówi Jolanta Kwaśniewska – ale na razie dziką radość sprawia mi zdjęcie tego gorsetu, w którym tkwiłam przez 10 lat jako żona prezydenta
Nadal pani płacze tak często jak kiedyś czy łzy trochę obeschły?
– Nadal jestem płaczką. Ostatnio płakałam 21 czerwca, kiedy Krystyna Janda czytała genialnie napisaną przez Kazię Szczukę laudację na cześć Heni Krzywonos, naszej Polki 20-lecia. Wszystkie panie na kongresie miały mokre oczy. A może łzy są pani kobiecą bronią? – Nie, mój mąż jest już przyzwyczajony, że jestem takim chlipkiem, że jak oglądam filmy, to czy się kończą tragicznie, czy happy endem, to popłakuję. I dlatego dla mnie wizyty w hospicjach, na oddziałach onkologicznych to był naprawdę duży wysiłek. Powtarzałam sobie: „Nie rycz, trzymaj się”, ale w końcu musiałam przetrzeć oczy. A kiedy patrzyła pani, jak Henryka Krzywonos, legendarna tramwajarka roku 80., dostaje tę nagrodę, nie myślała sobie pani: dlaczego moje życie inaczej nie wyglądało, dlaczego nie byłam po tamtej stronie? – Co to znaczy, że nie byłam po tamtej stronie? Nie była pani częścią opozycji, a pani mąż nie był opozycjonistą zamykanym w więzieniu. – Nie jest pan chyba fanem hasła: kto nie jest z nami – jest przeciwko nam? Jestem i zawsze byłam wierna swoim przekonaniom. Wyjechaliśmy z Gdańska w 1979 roku. Część moich najbliższych przyjaciół zaangażowała się w opozycję. Kiedy mieszkaliśmy w Gdańsku, chodziliśmy na spotkania z Leszkiem Moczulskim, które organizowane były w domu Piotrka Dyki, a w mojej grupie byli na przykład Jurek Hall, Sławek Czarlewski... Czyli była pani blisko, trzeba było tylko zrobić krok... – Tak, tylko ten krok to była Warszawa. Tu zamieszkaliśmy w wielkim blokowisku na Ursynowie, bez żadnego osadzenia, ani rodzinnego, ani przyjacielskiego. A jak przyszedł stan wojenny, to nasz los był losem Polaków, Polaków, a nie wyłącznie opozycjonistów. Mąż wtedy stracił pracę w „Itd”, a ja nie zarabiałam żadnych pieniędzy. Mieszkaliśmy w pustym mieszkaniu, na płytkach PCV leżały dwa materace, nasz i naszej Oli, i nasze rzeczy w pudełkach. Tak żyła wtedy większość młodych Polaków. – A jakby się potoczyły moje losy, gdybym została w Gdańsku? Mam wrażenie, że gros osób jest przekonana, że żyliśmy w jakichś uprzywilejowanych warunkach. Pan prezydent Wałęsa nawet kiedyś powiedział: Kwaśniewska? Cóż ona może powiedzieć o rodzeniu, ona przecież w szpitalu rządowym rodziła. Rodziłam na Starynkiewicza i przeleżałam pierwsze dwie doby na korytarzu, upokorzona jak większość innych kobiet. Nie byłam beneficjentem tego systemu. Wtedy jeszcze nie, ale potem mąż się piął, był takim młodym wilczkiem PZPR, a w efekcie usiadł jako ważny działacz partii przy Okrągłym Stole, stał się częścią nomenklatury. – Mąż był członkiem PZPR jak wielu innych działających dzisiaj w różnych partiach polityków, ponieważ miał wrażenie, że istnieje szansa na zmianę naszej rzeczywistości od wewnątrz. Mówił: „Musimy zmieniać Polskę i jesteśmy w stanie przekonać ludzi takich jak pan premier Rakowski, że pewna formuła funkcjonowania państwa się przeżyła”. Pan ciągle mówi „wy”, a ja jestem odrębnym bytem, nigdy nie chciałam należeć do żadnej struktury partyjnej i w związku z tym widziałam troszeczkę inaczej to, co się działo i dzieje, ponieważ to ja stałam w kolejkach wśród innych kobiet. Ale czy pani nie zazdrości takim ludziom jak Henryka Krzywonos, którzy wcześnie stanęli przeciw władzy, zaczęli walczyć o wolność? Ich życie w jakimś sensie było dużo prostsze, choć potem trudniejsze. – Jest we mnie ogromna empatia, kiedy widzę autentyczną nierówność, krzywdę, biedę, ból i cierpienie, staram się pomagać, jak tylko potrafię. Często jest to walka, którą podejmuję, wiedząc, że jej skutki mogą być dla mnie przykre. Cały więc czas staję przed jakąś barykadą. Podziwiam i ogromnie szanuję panią Henrykę Krzywonos, ona też nadal pokonuje różne barykady, myślę więc, że dużo nas łączy. Z Henią Krzywonos nie tylko się przyjaźnimy, ale również solidarnie wspieramy swoje działania. A jak pani – z jej empatią – daje sobie radę z tym odwiecznym dylematem, że dający zawsze będzie miał dużo więcej niż obdarowywany? Pani, dając, zawsze będzie spotykała się z zarzutem: daje, bo ma dużo, bo się „napasła u żłobu”, a i tak sobie zostawia najwięcej. – Nie mam takiego dylematu, ponieważ właśnie dzięki mojej empatii należę do ludzi, którzy mogąc dawać, czują się szczodrze obdarowani. Nie zaprzątam sobie głowy rozstrzyganiem, kto ma więcej, kto mniej, kto, co i z jakiego powodu daje. A jeśli chodzi o dochody, to co to znaczy „dużo”? Nasze dochody, przy pensji mojego małżonka, przy pieniądzach, które zarabia na wykładach, są przyzwoite, ale bez przesady. Ale żyjemy w Polsce i ci, którzy tak mówią, też. – Wystarczy jeździć po kraju, nawet ktoś, kto ma średnią urzędniczą pensję czy pracuje w rolnictwie, może postawić porządny dom. Jak przelatywaliśmy z Ojcem Świętym helikopterem w okolicach Krakowa, to wspominał, że to, jak bogaty jest kraj, najlepiej widzi się po nowych dachach, po nowo budowanych domach. Polak w czyimś oku dostrzeże źdźbło, ale nie zobaczy belki we własnym. Ma pan w gronie swoich kolegów ludzi bardzo dobrze zarabiających, znacznie lepiej od urzędujących polityków, ponoszących większą odpowiedzialność i oni naprawdę żyją w bardzo godnych warunkach, mają świetne domy, dacze, dobre samochody, możliwość spędzania urlopu na całym świecie, a kiedy wracają do kraju, biją w polityków jak w bęben. Ale ich nie utrzymują podatnicy. – Podatnicy za to utrzymują nieporównywalnie większą grupę osób, których jakość działań od lat budzi niepokój i sprzeciw, są to urzędnicy administracji państwowej różnych szczebli. Czy w nich także – równie często jak w polityków – biją pana koledzy? Jesteśmy z mężem państwowcami i społecznikami, on zarabia na to, żebym mogła jako społecznik pracować w mojej własnej fundacji, bo wydaje mi się, że osiągnąwszy już określoną pozycję, powinnam tutaj pozostać, nie chcę walkowerem oddać spraw, które zaczęliśmy prowadzić w naszej fundacji. Niech mnie pan spróbuje przekonać do polityki, do wejścia w tę politykę! W imię czego? A mnie do tego namawiają dziesiątki osób. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.07.17 17:06
Jest dobra do calowania rak papiezom, zadnej orientacji politycznej, Za pozno na praktykowanie Lucky lu
2009.07.12 11:18
Pani Jolanta nie będzie startować o fotel prezydencki bo obawia się, że będzie na językach prasy i nie tylko. Przypomina mi to dość naiwne myślenie z podstawówki, kiedy to, co powiedział... 2009.07.10 08:51
wielkie dzieki panie Najsztub 2009.07.09 09:24
Dlaczego tylko pani Kwaśniewska, może warto by pomyśleć o Beacie Tyszkiewicz, albo Nelly Rokita, albo Maria Kaczyńska, też są dojrzałe i ładnie wyglądają 2009.07.09 08:11
Szkoda, że nie kandyduje. Utarłaby nosa i Tuskowi, i Kaczorowi, i innym bucom. 2009.07.08 08:00
a ja z checia dalabym sie nabrac gdyby zechciala zostac prezydentka najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|