Strona główna > Kultura > Telewizja > Witajcie w życiu (po życiu)
6.11.2009
Witajcie w życiu (po życiu)

Jarek Szubrycht

Czym się różnią sypiający w trumnach bladolicy czciciele zaświatów od nabuzowanych marzeniami o wielkich pieniądzach sprzedawców Amwaya? Henryk Dederko twierdzi, że niczym

Powiększ zdjęcie

fot. Paweł Jeziorniak/Reporter
Na zakończonym niedawno 25. Warszawskim Festiwalu Filmowym wyświetlono wiele znakomitych filmów. Niestety, zapamiętamy go głównie za sprawą tego, którego nie pokazano. Znowu. „Witajcie w życiu” Henryka Dederki, jedyny „półkownik” naszych czasów, czeka na emisję od 1997 roku, ale firma Amway, której praktyki sprzedażowe i – przede wszystkim – szkoleniowe obnaża dokument, skutecznie blokuje wszelkie formy jego publicznej prezentacji. Tym razem Amway oficjalnie nie musiał nawet kiwnąć palcem. Zgody na pokaz filmu nie udzieliła będąca właścicielem praw majątkowych filmu Telewizja Polska ze względu na „niezakończone procesy sądowe”.

– Wszystko wskazuje na to, że to się nigdy nie skończy, że korporacja będzie triumfować aż do końca dni naszych – wzdycha Henryk Dederko. Doskonale wie, że sukces jego adwersarzy jest pozorny, a cenzura nieszczelna, bo zatrzymany przez sąd film łatwo można znaleźć w Internecie, ale marne to dla niego pocieszenie. – Wolałbym za swój film dostawać tantiemy. Ale bardziej przeciwny jestem cenzurze, której podobno nie ma, która ponoć jest sprzeczna z konstytucją i umowami międzynarodowymi podpisanymi przez rządzących naszym cudownym krajem. Mam więc mieszane uczucia w związku z internetową karierą filmu. Jak baletnica, która upadła. Piruet był piękny...

I chociaż Dederko uważa, że „Witajcie w życiu” pozostaje niezmiennie aktualne („Myślę, że pranie mózgu nawet zyskało na znaczeniu. Jeśli ma pan wątpliwości, proszę sobie włączyć dowolne medium”), dzisiaj głowę dokumentalisty zaprzątają inne aspekty naszego życia. A konkretnie – śmierć.

Wilgotne oko gota
Ubrani na czarno młodzi ludzie niosą trumnę przez las, bo jeden z nich wyprawił sobie symboliczny pogrzeb, jak co roku w urodziny. Odziana w skórę i lateks para wchodzi do tramwaju. On trzyma ją na smyczy i podsuwa pod nos bilet, jak do skasowania. Dziewczyna z uśmiechem odsłania wampirze kły. Inna, typ klasowej szarej myszki, chwyta za żyletkę i nacina dłoń swojego chłopaka. Spija krew. Wszyscy z emfazą opowiadają o swoim życiu duchowym i emocjonalnym, o Bogu, magii, tajemniczych energiach. Jedni mówią rzeczy intrygujące, inni najwyraźniej przedawkowali gry RPG lub, jak para, która podaje się za tanatologów samouków, serial „Sześć stóp pod ziemią”.

Do tego bigosu wrzucony został (trudno odgadnąć, z jakiego powodu) ezoteryk Jan Witold Suliga z bełkotliwą opowieścią o tym, jak duchy strzelały do niego z łuku, oraz performerki, które na scenie popisują się skaryfikacją i sypią iskry z krocza. I niemal każdy tu uważa, że ze śmiercią mu do twarzy. Oto bohaterowie „Witajcie w mroku” Henryka Dederki, filmowego portretu polskich gotów.

– Nie miałem pojęcia o istnieniu tego świata. Konsultant mi o tym opowiedział, zaciągnął na koncerty, na festiwal – reżyser wspomina swój pierwszy kontakt z kulturą gotycką (lub – jak ostatnio wolą jej przedstawiciele – dark independent). Zaprzecza przy tym, jakoby miał o przedstawionym przez siebie środowisku złe mniemanie. – To bardzo mili ludzie, wrażliwi. Nie tacy jak my. Subtelność, dociekliwość, wilgotne oko. Oni interesują się tym, co jest ważne. Albo tym, co jest piękne.

Nie wiem, czy reżyser mówi poważnie, czy kpi. Z gotów, ze mnie, z widzów. W swoim filmie sportretował bowiem przypadki skrajne. Bywałem na Castle Party* w Bolkowie i choć nieraz uśmiechnąłem się pod wąsem na widok fatałaszków rodem z filmów Tima Burtona (przeprowadźcie w Bolkowie ankietę, kto jest ich ulubionym reżyserem – stawiam diamenty przeciw kasztanom, że wskażą autora „Gnijącej panny młodej”), nie zauważyłem, by ten festiwal w zasadniczy sposób różnił się od setek innych letnich imprez muzycznych. Ogromna większość publiczności nie przyjeżdża na Castle Party po to, by rzucać uroki, ale by posłuchać muzyki, spotkać się ze znajomymi, napić się piwa.

– Jak pan idzie napić się piwa i posłuchać muzyki, to nie szyje pan dla siebie kostiumu przez dwa tygodnie, nie maluje się przez sześć godzin, nie przekłuwa sobie widocznych oraz niewidocznych okolic i nie nastraja się pan na taki ton duchowości, że jest on prawie nie do zniesienia. Piwo jest wszędzie, zła muzyka też. Ale w tym miejscu jest piwo, zła muzyka i jeszcze coś, o czym nakręciliśmy film – tłumaczy Dederko.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.