|
Charlotte Gainsbourg: Pop noir
Łukasz Dunaj Mając w pamięci brutalną scenę z „Antychrysta” Larsa von Triera, w której Charlotte Gainsbourg dokonywała samookaleczenia, trudno uwierzyć, że potrafi śpiewać tak słodkie piosenki. I słusznie – wszak to słodycz pozorowana Wystarczy posłuchać niepokojącego, pełnego zgrzytów tytułowego utworu, by przekonać się, że nie jest to pop, do którego przyzwyczaiły nas śpiewające go aktorki. Zresztą niepokój budzi już sam tytuł płyty – „IRM”, czyli francuski skrót oznaczający rezonans magnetyczny. Artystka musiała się nasłuchać nieprzyjemnych szpitalnych dźwięków, lecząc uraz czaszki po wypadku na nartach wodnych. Traumatyczny okres, którego kulminacją była praca na planie z Larsem von Trierem, musiał zaowocować płytą zupełnie inną niż poprzednia, zmysłowa „5:55” nagrana między innymi z towarzyszeniem francuskiego duetu Air oraz Jarvisa Cockera (eks-Pulp). Tym razem Gainsbourg zaprosiła do współpracy ikonę amerykańskiej pop-alternatywy Becka – jego producencki wpływ jest aż nadto wyraźny. Mało kto potrafi z taką zręcznością sklejać organiczne i syntetyczne brzmienia. Dzięki niemu „IRM” jest eklektyczna, wypełniona po brzegi brawurowymi kolażami, ale na szczęście realizatorskie zabiegi twórcy pamiętnego „Loser” nie przytłoczyły eterycznej wokalistki. Największą wartością materiału są szlachetne, bardzo kobiece piosenki. Czasami aranżowane z barokowym przepychem, jak w „La Collectionneuse”, kiedy indziej zaskakująco surowe, atakujące przesterami („Trick Pony”). Do najbardziej przystępnych fragmentów płyty należy singlowy utwór „Heaven Can Wait”. Z oceną tej pozornie bezpretensjonalnej piosenki poczekajcie jednak, aż zobaczycie towarzyszące jej wideo – niby nic, a mimo to lepiej nie oglądać tego przed snem... Oto cała „Szarlotka”: z wierzchu krucha, pod spodem perwersyjnie mroczna. Łukasz Dunaj „Przekrój”, nr 5/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|