|
The Car Is On Fire - bez harf i trąbek
Mariusz Herma Jest w tej cholernej Ameryce coś takiego, czego nigdzie indziej nie ma – mówi Jakub Czubak, basista i wokalista grupy The Car Is On Fire, o nagrywaniu nowej płyty „Ombarrops!”
Jak to się stało, że wylądowaliście w Chicago w studiu Johna McEntire’a?
Jakub Czubak: Rok temu nasz menedżer spytał: dlaczego by nie nagrać nowej płyty w Stanach? Wtedy nas olśniło. Słuchamy amerykańskiej muzyki i stamtąd wywodzi się większość naszych idoli. Siłą rzeczy ten kierunek wydał nam się naturalny. Pozostało tylko zadecydować gdzie i z kim. Jak to rozstrzygnęliście? – Przygotowaliśmy listę wszystkich producentów, którzy przyszli nam do głowy – od Briana Eno po Maksa Tundrę. Później były rozmowy z nimi i okrajanie listy. Ostatecznie padło na Johna, którego cenimy i jako muzyka, i jako producenta. Wszystkie kawałki i aranże przygotowaliśmy już wcześniej, podczas wypadu w góry. Potrzebowaliśmy tylko człowieka, który pomoże nam je odtworzyć. W studiu nie było żadnej twórczej improwizacji, jedynie realizacja założeń. Do czego był wam więc potrzebny McEntire poza ustawieniem mikrofonów? – Dał nam nieograniczoną swobodę decydowania. Wszystko w studiu zależało od nas, co oznaczało wielką odpowiedzialność, ale działało mobilizująco. Klawesyn i sitar, a może zwykła gitara i wibrafon? – decyzja należała do nas. John służył opinią, ale tylko wtedy, gdy o nią poprosiliśmy. Poza tym gdy zaczęliśmy nagrywać gitary na archaicznych fenderach, zrozumieliśmy, że w tej cholernej Ameryce jest coś takiego, co trudno nazwać, a czego nie ma gdzie indziej. Amerykański producent nie ogląda się na nikogo, sam jest dla siebie punktem odniesienia. „Ombarrops!” – skąd ten tytuł?! – Tytuł jest magicznym słowem. W języku Indian z Ameryki Południowej oznacza jaguara, który przed chwilą wyszedł z rzeki i jest dosyć wkurzony, jak to mokry kot. Podobno lepiej zostać ukąszonym przez jadowitego węża, niż stanąć na drodze ombarropsa... Przy „Ombarrops!” za sprawą takich refrenów, jak: „Don’t Be Afraid”, „We’re Doing Fine” czy „Let’s Be Friends”, na pewno nabierzecie optymizmu. Trzyosobowe dziś TCIOF porzuciło wyrafinowane aranżacje i piętrowe chórki na rzecz siły bezpośredniego przekazu, zaś producent John McEntire, guru amerykańskiej alternatywy, odebrał im resztki polskości. Co w kontekście światowych ambicji zespołu (oprócz języka angielskiego pojawia się... włoski) wypada uznać za przysługę. Mariusz Herma "Przekrój" 20/2009 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuskala ocen "Przekroju"
|
|