|
Rap w tarapatach
Mariusz Herma Śmierć hip-hopu wieszczono już prawie tyle razy, ile śmierć rocka. Zawsze przedwcześnie. Ale teraz zmierzch niedawnego hegemona muzyki popularnej wyraźnie widać, słychać i czuć
Niezależnie od tego, czy hip-hop ma 30 lat (w październiku 1979 roku ukazał się pionierski singiel „Rapper’s Delight” tria Sugarhill Gang), czy obchodzi właśnie 35. urodziny (na jesień 1974 roku datuje się narodziny tak zwanej kultury hiphopowej), jako gatunek ma się o wiele gorzej niż jego znacznie starsi koledzy. A jeszcze 10 lat temu magazyn „Time” w okładkowym artykule ogłaszał, że z ponad 80 milionami płyt sprzedanymi w ciągu roku hip-hop jest niekwestionowanym królem amerykańskiej muzyki.
Widać Po serii spektakularnych karier z lat 90. – od Dr. Dre i Snoop Dogga po Tupaca Shakura i Notoriousa B.I.G. – okazało się, że drabinę prowadzącą z raperskiego podziemia na szczyty list przebojów zastąpiła winda. Przy wspinaczce nie trzeba było zrzucać ciężkich łańcuchów, usuwać tatuaży ani nawet pilnować języka: przemoc, seksizm i rasizm w wulgarnej oprawie idealnie trafiły w gusta białych nastolatków, bo to głównie oni pokrywali platyną kolejne raperskie wydawnictwa. – Po samobójstwie Kurta Cobaina rock pachniał słabeuszami – wspominał w jednym z wywiadów Richard Nickels, menedżer The Roots. – I oto na scenie pojawili się ci czarni goście ze spluwami. Białe dzieciaki kwiczały z ekscytacji. Podniecenie sięgnęło zenitu, gdy narodzili się młodzi gniewni, jak Eminem, 50 Cent czy Nelly. Gdy raperski boom zaczął przekraczać granice USA, w swojej ojczyźnie potrafił wygenerować blisko dwa miliardy dolarów – w 2000 roku hiphopowcy sprzedali rekordowe 105,5 miliona płyt, a Percy „Master P” Miller i Puff Daddy trafili na opublikowaną przez „Fortune” listę 40 najbogatszych Amerykanów poniżej czterdziestki. Nawet jeśli 2001 rok w liczbach bezwzględnych pokazywał pierwszy od 25 lat odwrót hip-hopu (89 milionów sprzedanych płyt), w gruncie rzeczy utwierdził ten gatunek na pozycji sternika muzyki popularnej. Inspiracje z niego czerpali garściami wykonawcy ze ścisłej czołówki „Billboardu”: Linkin Park i Staind (rock), Alicia Keys i Destiny’s Child (R&B), N’Sync (pop), a dopisek feat.* dzięki hip-hopowi upowszechnił się w całej muzyce rozrywkowej. Hip-hop zaczął przenikać inne gatunki i je kształtować. W kolejnych latach jego stylistyczna i medialna dominacja była tak wyraźna, że raperzy nawet nie zauważyli, jak te hybrydy stopniowo spychają ich z powrotem do podziemia. – Hip-hop jest martwy, bo my jako artyści staliśmy się bezsilni – obwieścił jesienią 2006 roku nowojorski raper Nas, wydając prowokacyjny album „Hip-Hop Is Dead”. Nim hiphopowa opinia publiczna zdążyła go wykląć, tezę Nasa potwierdziły dane rynkowe – w 2006 roku po raz pierwszy od 12 lat w pierwszej dziesiątce bestsellerów nie było płyt z rapem. Jedni wezwali hiphopowców do autocenzury, co ułatwiłoby karierę gatunku w stroniących od wulgaryzmów i seksistowskich aluzji mediach, inni do radykalizacji, która przywróciłaby mu wiarygodność. Nic z tego. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.11.30 16:38
To co pan tutaj prezentuje panie Mariuszu, to jedna wielka apokaliptyczna wersja opowieści, którą coraz częściej karmi się masy. Otóż hip hop żyje i ma się dobrze...Nowe trendy... skala ocen "Przekroju"
|
|