Strona główna > Kultura > Muzyka > Tu leży facet z Wire
6.08.2009
Tu leży facet z Wire

Rozmawia Mariusz Herma

– Przyjeżdżamy sprawdzić, czy ktokolwiek w Polsce o nas słyszał – mówi „Przekrojowi” Colin Newman, wokalista i gitarzysta legendarnej grupy Wire, gwiazdy tegorocznego Off Festivalu

Powiększ zdjęcie

Materiały organizatorów

Przeczytaj także:

W końcu przyjeżdżacie do Polski. 33 lata po założeniu zespołu.
– To jedna z tych prostych rzeczy, które należy zrobić, ale ich realizacja nie wiedzieć czemu zajmuje wieki. Już dawno temu powinniśmy byli u was zagrać, ale potrzebowaliśmy poważnego zaproszenia. Niektórzy nazywają nas zespołem wszech czasów, ale są miejsca, gdzie ludzie w ogóle o nas nie słyszeli. Jak będzie w Polsce? Przyjeżdżamy to sprawdzić! Wiesz, jak to jest z Wire – jesteśmy najsłynniejszym z zespołów, o których nigdy nie słyszałeś.

Mówi się, że jesteście jak The Velvet Underground. Wasze płyty może i kupuje ledwie garstka osób, ale każda z nich zakłada potem własny zespół.
– Jest w tym trochę prawdy. Jak powiedział Churchill: Historię piszą zwycięzcy. Z nami historia obeszła się całkiem nieźle, chociaż bywały trudne momenty. Na początku lat 80. cała scena, którą współtworzyliśmy, odeszła w niebyt, a muzyka gwałtownie skręciła w kierunku popu. Byliśmy traktowani jak przeżytek z poprzedniej dekady. W latach 70. zresztą było niewiele lepiej. Większość punków nienawidziła nas, bo byliśmy zbyt dziwni, zbyt „artystyczni” i rzekomo zbyt skomplikowani.

W Ameryce było dokładnie na odwrót, dla nich Wire brzmiało zbyt banalnie. Wiesz, na Wyspach mnóstwo kapel grało całe piosenki na jednym czy dwóch akordach, a w Stanach musiałeś ćwiczyć 20 lat, zanim dostałeś się do zespołu. Technika była tam traktowana bardzo serio. Część publiczności wychodziła więc z naszych koncertów, w przekonaniu, że ich obrażamy: „Wy to nazywacie graniem na instrumentach!?”. To niezrozumienie prostoty było niedorzeczne. Potem, w latach 90., ludzie tańczyli w klubach przy dźwięku stopki perkusyjnej i jakiegoś szumu w tle, a Wire nagle otrzymało etykietkę „pop”... Muzyka niewiarygodnie się uprościła. Ale nie od dziś wiemy, że awangarda jednego pokolenia staje się popem następnego.

Co takiego jest w waszej muzyce, że inspiruje kolejne rockowe generacje? Obecnie chociażby Bloc Party, The Futureheads czy Franza Ferdinanda?
– Może chodzi o to, że Wire łatwo rozszyfrować. Trudno nas skopiować, ale nie ma nic specjalnie wyszukanego w naszej muzyce, wszystko jest przejrzyście poukładane. Łatwo czerpać z naszych rozwiązań. Wiesz, jak to jest z artystami? Słuchają jakiegoś kawałka i nie zastanawiają się, czy to ich wzrusza albo pobudza. Pierwsza myśl brzmi: „Jak oni to zrobili?”.

Gdy na początku dekady wznawialiście działalność, zespoły inspirujące się między innymi Wire zaczynały dominować na listach przebojów.
– W specyficznej atmosferze nowego millennium rock, szczególnie garażowy, faktycznie wrócił do mody. W połowie lat 90. zrobiło się tak elektronicznie, że poważnie zastanawialiśmy się, czy rock jeszcze kiedykolwiek stanie na nogi. Niemal każdej rockowej płycie przyklejano wtedy łatkę „indie”. I oto pod koniec lat 90. rock nagle powraca, z niewiarygodnym impetem.

Korzenie tego comebacku widzę w dwóch zjawiskach – po pierwsze, muzyka drum'n'bass stała się tak mroczna i szorstka, że w zaczęła przypominać rock. Po drugie, post rock przygotował grunt i po stronie publiczności, i po stronie wykonawców. Dzięki niemu byli jeszcze ludzie, którzy grali na żywych instrumentach! W okolicach 1998, czy 1999 roku nagle okazało się, że ta muzyka całkiem nieźle sobie radzi. Zarówno soft rock, jak i bardzo agresywne rzeczy. To był bardzo piękny moment. W 2002 roku chyba z sześć razy widziałem Liars na żywo.

Co ekscytuje cię teraz?
– Mnóstwo dziewczyn zaczęło zajmować się muzyką! Nam jest z nimi zasadniczo po drodze, bo nie mają tej typowo męskiej obsesji na punkcie sprawności technicznej. Grają bardzo proste rzeczy. W latach 70. byliśmy uważani za grupę dla facetów, a teraz jest wprost przeciwnie. Wyobraź sobie, że niemal wszystkie osoby, które odzywają się do nas i dziękują za inspirację, to dziewczyny.

Do niedawna jak ognia unikaliście nostalgii. W latach 80. zatrudniliście nawet cover band, żeby przed koncertem odgrywał za was debiutanckie „Pink Flag”.
– Gdy masz 20 lat i tęsknisz za czasami, w których nie było ci dane żyć, to może być nawet interesujące. Ale co innego, kiedy masz lat 50 i gnębi cię nostalgia za pięknymi latami młodości. To już jest smutne, a artystycznie bardzo cię ogranicza. W latach 70. byliśmy bardzo radykalni i w ogóle nie graliśmy starszych piosenek. Przy czym oznaczało to utwory, które miały więcej niż sześć miesięcy... Z kolei w latach 80. nie wracaliśmy do poprzedniej dekady, wtedy w muzyce liczyło się tylko to, co nowe.

Teraz to nie ma znaczenia. Pod sceną może stać 14-latek, który ledwie tydzień temu kupił „Pink Flag” i absolutnie nie zrozumie, czemu nie gramy utworów z tej płyty. Wiesz, przychodzisz na koncert zobaczyć zespół Wire. Nie Wire dzisiejsze, wczorajsze albo sprzed 30 lat. Dlatego dzisiaj sięgamy po utwory z całego naszego dorobku, od samych początków, po materiał sprzed roku. Oczywiście, jak każda starsza kapela ryzykujemy w ten sposób, że granie pewnych rzeczy stanie się obowiązkiem do odbębnienia. Ale póki co, wystarczająco mocno tkwimy w teraźniejszości, by nie wpaść w tę pułapkę.

Słuchasz czasem „Pink Flag”?
– Niedawno pojawiła się na rynku książka o tym albumie, w związku z tym musieliśmy do niego powrócić. Myślę, że 50 procent „Pink Flag” brzmi całkiem innowacyjnie. Reszta to z dzisiejszej perspektywy dosyć standardowy rock. Sekret niegasnącej popularności tej płyty tkwi chyba w tym, że ludzie z łatwością mogą ją powiązać z współczesną muzyką rockową i odkryć, gdzie tkwią korzenie wielu młodych kapel. Rok temu graliśmy w Chicago. Po koncercie podeszła do nas dziewczyna, niecałe 30 lat, z zawodu księgowa. Prawdziwy muzyczny świr – jeździ od festiwalu do festiwalu, śledzi te wszystkie indie-kapele, ale dotąd znała Wire tylko z nazwy. I mówi do nas: „Właśnie widziałam na jednej scenie wszystkie zespoły, które kiedykolwiek kochałam!”

No właśnie, to już któreś pokolenie, które chodzi na wasze koncerty.
– Na niektórych występach 90 procent osób nie ma nawet 25 lat. To jakiś absurd.

Gdy już jesteście razem, nagrywacie bardzo szybko. Pracujecie już nad nową płytą?
– Pracujemy koncepcyjnie. (śmiech) Oprócz Wire gram też w zespole Githead. Właśnie kończymy trzeci album, który ukaże się późną jesienią i wtedy zajmiemy się Wire. Na spokojnie, bo tworzenie muzyki pochłania ogromne ilości energii, a w dzisiejszych czasach nie ma najmniejszego sensu nagrywać przeciętnych płyt. Muzyki jest obecnie zdecydowanie zbyt wiele. Brakuje ludzi, którzy mieliby jej słuchać.

Czy to cię zniechęca?
– Muzyka ma dziś bardzo krótki „okres ważności”. Współczuję tym, którzy zaczynają teraz karierę – są szybko przyswajani i jeszcze szybciej wydalani. Gdyby nie to, że koncerty cieszą się sporym zainteresowaniem, wielu z nich miałoby spory problem z zarobieniem na życie, skoro muzyki można słuchać w sieci za darmo i to coraz częściej legalnie.

Wire słynie z ciągłej ewolucji. Czy wynikała one z waszego osobistego rozwoju, czy raczej reagowaliście na to, co dzieje się dookoła?
– Jedno i drugie. Jako ludzie naturalnie się rozwijamy i nawet w wymiarze czysto biologicznym nie jesteśmy tymi samymi osobami, co przed dziesięciu laty. Z drugiej strony – ci, którzy postrzegają kulturę jako coś zewnętrznego względem siebie, nie rozumieją tego pojęcia. Kultura to my. Kultura to komunikowanie się i dzielenie się z innymi tym, gdzie i kim w tej chwili jesteś. A przez to kultura odzwierciedla stan całego społeczeństwa. Jeśli zajrzysz na MySpace, niemal wszyscy wymieniają tam swoje „inspiracje”. Dziesiątki nazw i nazwisk, o których często nikt inny nie słyszał.

Podziwiam was za to, że chociaż tyle razy się rozpadaliście, prędzej czy później znów stawaliście na nogi.
– Rozstania zawsze wiązały się z bardzo ludzkimi sprawami, których nie powinienem zanadto nagłaśniać. Natomiast powroty... Czuliśmy, że powinniśmy się znów zebrać i chwycić za instrumenty. Bez Wire nasze życie byłoby niepełne. Epitafium na moim grobie nie będzie litanią moich zalet i zasług, tylko krótkim: „Tutaj leży ten facet z Wire”. Czas najwyższy przestać się wygłupiać i nie robić wielkiej sprawy z bycia w tym zespole. Teraz cieszymy się tym, co Wire nam daje. A dotarliśmy do momentu, gdy nasze wzajemne relacje więcej zyskują, niż tracą dzięki graniu na jednej scenie. Nauczyliśmy się problemy załatwiać po cichu, a głośno mówić o tym, co nam się podoba i na co mamy ochotę.

Godzinę lekcyjną przegadał Mariusz Herma



wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.

skala ocen "Przekroju"

6.gif    wybitne 

5.gif    bardzo dobre

4.gif    warto

3.gif    przeciętne

2.gif    słabe

1.gif    dno

Koniecznie przeczytaj








„Przekrój” 35/2010 

okladka_mini_35.jpg W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku

Przeszczep życia
• Palikot do Miecugowa: Idę po władzę!
• Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści