Strona główna > Kultura > Muzyka > Spiritualized: Najważniejszy akord świata
20.07.2009
Spiritualized: Najważniejszy akord świata

Rozmawia Mariusz Herma

Twierdzi, że ledwie sobie radzi z gitarą, nie potrafi grać w zespole i nie ogarnia zasad rządzących rynkiem muzycznym. Jason Pierce, spiritus movens Spiritualized i samozwańczy filozof muzyki, wie za to doskonale, w czym tkwi istota rock and rolla

„Przekrój”: Jesteśmy w Polsce bardzo podekscytowani przyjazdem Spiritualized. A ty potrafisz jeszcze ekscytować się koncertami?
Jason Pierce: – Czy ja jestem podekscytowany? Nawet sobie nie wyobrażasz jak! W niektóre miejsca tak trudno się dostać, chociaż – od lat to powtarzam – jestem gotów pojechać absolutnie wszędzie. Ale potrzebuję pomocy z tego miejsca i w Polsce ktoś taki w końcu się znalazł. Ten koncert był wyczekiwany nie tylko przez fanów, ale i przez nas.

Na Off Festivalu wystąpi oprócz ciebie sporo utalentowanych kapel, ale przeważnie bardzo młodych. Miałbyś dla nich jakąś radę?
– Tyle że ja wiem naprawdę niewiele... Nie jestem specjalnie utalentowany, niezbyt potrafię grać z innymi muzykami, większość tego, co robię, to palce na strunach plus mój śpiew. Na szczęście rock and roll nie jest zbyt wymagający, w nim chodzi tylko o szukanie swojego własnego głosu. Szkoda, że gros powstającej obecnie muzyki to kopiowanie cudzych pomysłów – czerpanie od innych i sprzedawanie w nowym opakowaniu.

A gdybyś sam mógł wrócić do początków kariery, próbowałbyś pójść inną drogą?
– Chyba nie, generalny kierunek był właściwy. Zawsze podążałem za moją muzyczną pasją i nie zwracałem uwagi na przemysł muzyczny, który potrafi zamęczyć człowieka na śmierć. Ludzie każdego dnia są oszukiwani przez tę wielką machinę. Pomyśl tylko, ile razy czytałeś entuzjastyczne pięciogwiazdkowe recenzje: „Zdumiewające!”; „Musisz to mieć!”; „To jest przyszłość!”. A po kupnie płyty czułeś się kompletnie rozczarowany. Mnie interesuje tylko to, jakie moja muzyka wzbudza w tobie uczucia, co ona z tobą robi. Wracając do poprzedniego pytania: wystarczy być wiernym własnym przekonaniom, ot cały sekret. To nie jest kwestia umiejętności technicznych czy zdolności medialnych. Grając jeden akord z wystarczającym przejęciem, na ten moment czynisz go najważniejszym w całym wszechświecie. I to jest rock and roll!

Brzmi wspaniale, ale gdzie jest haczyk?
– Jak w każdej dziedzinie opartej na kreatywności, katorgą są długie okresy absolutnej bezproduktywności. Tracisz na darmo czas i energię. Czekasz, aż coś się wydarzy. I jesteś coraz bardziej sfrustrowany. A to wszystko z powodu czegoś, co teoretycznie powinieneś kochać. To przypomina odsiadkę w więzieniu.

A kiedy już wyjdziesz z celi?
– Wtedy okazuje się, że twoje wspaniałe dzieło idzie w świat i nie masz już nań żadnego wpływu. Nie jesteś w stanie zmienić ani jednej nuty, ani jednego słowa. Nagle ten ogrom informacji o tobie zapisany w dźwiękach rozchodzi się po całym świecie. Ta perspektywa sprawia, że jeszcze na etapie tworzenia starannie pilnuję, by przekaz był w pełni zgodny z moją intencją. A to bardzo wyczerpuje.

Z ostatnim albumem „Songs in A&E” szło ci szczególnie ciężko – tuż przed nagraniami zapalenie płuc postawiło cię na skraju śmierci.
– Dla mnie proces tworzenia jest równie ważny jak jego efekt, a czasem ważniejszy. W przypadku „Songs in A&E” był on niezwykle trudny przez tę potężną wyrwę w środku mojego życia. Sam powrót do studia zabrał mi długie miesiące i wiele mnie kosztował. Może nie słychać tego na płycie, ale jej nagranie wymagało nieludzkiego wysiłku.

Jest coś, co łączy wszystkie twoje płyty – od debiutu Spacemen 3 aż po ostatnie płyty Spiritualized?
– Chyba tylko mój głos. No i zamiłowanie do pewnych dźwięków, akordów, rozwiązań – zwykle bardzo prostych – które mnie pobudzają. Jednocześnie staram się unikać powtórek. Świadomość tego, że mógłbym w mgnieniu oka nagrać kolejną płytę, korzystając ze sprawdzonych przepisów, w jakiś sposób uspokaja. Ale nie zabieram się do instrumentów, jeśli nie mam po temu powodu.

Zacząłeś myśleć o nowej płycie?
– W zasadzie mam już dość pomysłów, muszę je tylko zebrać do kupy. Niektóre z nich pewnie przywieziemy do Polski! Najwspanialsza rzecz to granie muzyki na scenie. Serio. Możesz próbować różnych sztuczek w studiu, możesz filmować koncerty i wracać do nich. Ale nigdy nawet nie zbliżysz się do tego uczucia, które daje występ na żywo.
Rozmawiał Mariusz Herma

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.

skala ocen "Przekroju"

6.gif    wybitne 

5.gif    bardzo dobre

4.gif    warto

3.gif    przeciętne

2.gif    słabe

1.gif    dno

Koniecznie przeczytaj








„Przekrój” 35/2010 

okladka_mini_35.jpg W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku

Przeszczep życia
• Palikot do Miecugowa: Idę po władzę!
• Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści