|
Jordi Savall i muzyczny ekumenizm
rozmawia Mariusz Herma Kiedy żyd, muzułmanin i chrześcijanin grają obok siebie, ramię w ramię, to ekumenizm przestaje być utopią – mówi „Przekrojowi” Jordi Savall o swoim najnowszym projekcie. „Jérusalem” będzie można posłuchać, zobaczyć i przeżyć już 7 kwietnia w ramach krakowskiego festiwalu Misteria Paschalia
Mariusz Herma: Jest pan w Krakowie częstym gościem. Tym razem w związku z „Jérusalem”, koncertem łączącym tradycję trzech wielkich religii.
Jordi Savall: Mój pierwszy festiwal w tym mieście zaliczyłem już w latach 70. Krakowska publiczność zawsze była głodna takiej muzyki. „Jérusalem” to hołd dla miasta, które przetrwało tysiące lat pomimo niezliczonych wojen i pogromów. To także pieśń nadziei, pieśń na rzecz pokoju – zdawałoby się – nieosiągalnego. Kiedy rozpoczynałem pracę nad „Jérusalem”, wszyscy mówili, że oszalałem, że chrześcijan, Palestyńczyków i Żydów dzieli zbyt wiele, by dało się ich zgromadzić wokół jednego projektu. Ale nie zwracałem na to uwagi i przez cały rok odwiedzałem kościoły, synagogi i meczety, aż znalazłem ochotników. Daliśmy już kilka koncertów, niektóre fragmenty albumu pochodzą właśnie z nich. W tym jeden w samej Jerozolimie. Jak zostaliście tam przyjęci? – To było wydarzenie pełne emocji. Ludzie mieli w oczach łzy, niektórzy płakali. Wszyscy krytycy powtarzali później, że goszczący nas Israel Festival mógłby ograniczyć się do tego jednego występu. Obyło się bez problemów na tle różnic religijnych? – Gdy układaliśmy program, dołożyliśmy starań, by zrównoważyć akcenty wszystkich trzech tradycji. W zasadzie stałem nad muzykami ze stoperem w ręku i sprawdzałem, czy żydzi, chrześcijanie i muzułmanie mają dokładnie tyle samo czasu (śmiech)! W pewnym momencie podszedł do mnie przyjaciel z Izraela i mówi: „Jordi, popełniasz błąd, tu jest za dużo arabskiej muzyki jak na Jerozolimę, to się ludziom bardzo nie spodoba”. Lecz gdy tylko palestyński kantor Muwafak skończył śpiewać swoją pierwszą pieśń, publiczność zgotowała mu owację na stojąco. A jako solista jest wyeksponowany niczym muezin wzywający z minaretu wiernych na modlitwę. To nas przekonało, że ludzie są gotowi wsłuchać się w innych od siebie, że nie boją się różnic. Próbuje pan na własną rękę realizować ekumenizm? – Ciągle słyszę, że marzą mi się utopie nieprzystające do światowych realiów. Obecne wydarzenia faktycznie nie pozostawiają wiele nadziei. Ale gdy siedzimy ramię w ramię, 40 muzyków z Palestyny, Izraela, Armenii, Turcji, Syrii, Maroka, Grecji, Hiszpanii, Włoch, Iraku i Afganistanu, tworząc w pełnej harmonii przepiękną muzykę, wówczas to już nie jest utopia, lecz rzeczywistość. Udało się wam osiągnąć tę harmonię także w codziennych kontaktach? – Nie obyło się bez kłopotów, ale dotyczyły głównie zwyczajów religijnych. Pewnego razu usłyszeliśmy w synagodze trzech świetnych kantorów. Opowiedzieliśmy im o naszym projekcie, a oni na to: jeśli tam będą kobiety, to nie zaśpiewamy. W Kairze poznaliśmy kilku wspaniałych instrumentalistów. Mieliśmy już za sobą rozmowę o terminach i honorarium, kiedy zapytali nas o skład zespołu. Gdy usłyszeli o muzykach z Izraela, przeprosili i poszli sobie. Bali się, że ich rodacy nie zrozumieją, dlaczego występują ramię w ramię z wrogiem. Nawet datę występu w Krakowie musieliśmy zmienić na 7 kwietnia, gdyż dzień później rozpoczyna się żydowska Pascha. Z powodu szabatu przesuwaliśmy już trzy koncerty. „Jérusalem” wymaga uwzględniania mnóstwa czynników, które nie mają nic wspólnego z muzyką. Czy nie to właśnie czyni ten projekt wyjątkowym? – Oczywiście, choć czasem trzeba się było bardzo napracować. Tuż przed koncertem w kościele musieliśmy zasłonić wszystkie chrześcijańskie symbole, obrazy i figury świętych. Muzułmanin albo żyd nie zaśpiewałby, stojąc naprzeciwko krzyża. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.04.07 02:09
Ten gość od 30 lat odstawia dokładnie tę samą chałę. Czysta komercja i zero zastanowienia nad muzyką, którą gra... cld
skala ocen "Przekroju"
|
|