Strona główna > Kultura > Muzyka > To koniec ery tanich koncertów
11.03.2009
To koniec ery tanich koncertów

Mariusz Herma

Tak obwieściła zachodnia prasa, gdy globalny dystrybutor biletów Ticketmaster ogłosił fuzję z agencją Live Nation. Witajcie w klubie – odpowiedzieli polscy internauci, bo ceny biletów w naszym kraju od kilku lat biją rekordy

Powiększ zdjęcie

fot. Williamm E. Sharp/Retna Pictures/Bulls
Niewiele branż może się pochwalić taką odpornością na kryzys gospodarczy jak sektor koncertowy. W ubiegłym roku średnia cena biletu wzrosła o 8 procent i wynosiła 70 dolarów, choć na taką na przykład Madonnę – ponad dwa razy więcej. Amerykańska gwiazda zarobiła w ubiegłym roku 242 miliony dolarów, przy czym sprzedaż płyty „Hard Candy” dała jej niespełna 10 procent tej kwoty. Resztę Madonna zawdzięcza trasie koncertowej.
Koncertowy boom wreszcie przekroczył naszą granicę, po raz pierwszy zmuszając nas do rezygnacji z jednych imprez na rzecz innych. 
–  Z perspektywy artystów Polska jest krajem, w którym koszt dojazdu i występu w żaden sposób nie zagraża zyskom – mówi Justin D’Angelo z wytwórni Roadrunner Records, która w tym roku przysyła do Polski metalowe gwiazdy Slipknot, Soulfly i Opeth.
Wkrótce zagrają dla nas także Madonna, Depeche Mode, Angie Stone i Morrissey. Drugie tyle gwiazdorskich nazwisk pojawi się na plakatach festiwali. No i jakość organizacji imprez zbliża się do standardów zachodnich. Wydaje się, że fani nie mają na co narzekać.

(Niemały ruch przygraniczny)

„Ostatni koncert Roisin Murphy w Polsce kosztował widza 150 złotych. Wcześniej artystka grała za 120 złotych, jeszcze wcześniej za 60 złotych, wszystko w ciągu półtora roku” – pisze Łukasz Warna-Wiesławski na jednym z blogów. Ale przykładów wzrostu cen jest więcej.
– Bilety na koncert Cinematic Orchestra w klubie Palladium w roku 2006 kosztowały 55 i 65 złotych. Dziś inny promotor za wstęp na kwietniowy koncert grupy w tej samej sali liczy sobie 120–200 złotych – wylicza Michał Zioło z agencji Good Music. W oczach publiczności rodzime agencje pogrążają takie sytuacje jak dwa występy Napalm Death w warszawskiej Progresji. Za wstęp na koncert metalowców w czerwcu 2008 roku polski promotor żądał 80 złotych, podczas gdy w styczniu tego roku czeska firma wyceniła bilety na 40 złotych. – Zespół miał zaległe zobowiązania wobec Czechów i zagrał za symboliczną stawkę – tłumaczy Marek Laskowski, właściciel Progresji, ale fani zapamiętali tylko cenę biletu. A ta z zasady za granicą jest niższa.
– Ceny biletów na te same wydarzenia u naszych południowych sąsiadów, a czasem także w Niemczech, są wyraźnie niższe – przyznaje Tomo Żyżyk z firmy Shortcut organizującej wyjazdy na zagraniczne imprezy. Tak jest w przypadku warszawskiego koncertu grupy Antony and the Johnsons. Bilety na występ zespołu w Teatrze Wielkim kosztują od 160 do 450 złotych, podczas gdy najlepsze miejsca w berlińskim Admiralspalast wyceniono na 60 euro, a w Postpalast w Monachium – na 45 euro. Z kolei w Czechach tańsze były wejściówki na Roisin Murphy. „W styczniu 2008 roku byłem na jej występie w Warszawie, ale już na kolejny koncert pojechałem do Pragi. Bilet kosztował mnie 45 złotych, dojazd do Pragi ze Szczecina wyniósł jakieś 100 złotych w obie strony” – wylicza Łukasz. Nic dziwnego, że mieszkańcy terenów przygranicznych regularnie urządzają muzyczne pielgrzymki do Pragi czy Berlina, bliższych i tańszych niż Warszawa.

(Bilet prześwietlony)
– Na pewno znajdzie się ktoś, kto nieźle przyciął, ale nie jest tak, że agencje w Polsce zarabiają krocie – przekonuje Mariusz Adamiak, szef agencji Adamiak Jazz. Według niego management artysty zazwyczaj zna dokładną kalkulację przychodów i zgarnia większość zysków. – Tamta strona skrupulatnie sprawdza każdy bilet, a my pracujemy na minimalnym procencie. Leonard Cohen czy Alicia Keys nie dają na sobie zarobić – dodaje Adamiak. Według niego takie koncerty agencje robią głównie ze względów prestiżowych, a zarabiają na eventach, które dzięki sponsorowi przynoszą bezpieczny zysk bez martwienia się o marketing oraz sprzedaż biletów. – Sami robiliśmy koncerty Macy Gray czy Woody’ego Allena, kiedy ceny biletów dochodziły do 500–600 złotych – przyznaje Stanisław Trzciński, szef agencji STX Jamboree. – Ale to są artyści, którzy budżetowo są warci raczej stadionowej publiczności niż sali zamkniętej. Honoraria rzędu 100–200 tysięcy euro zazwyczaj nie dają się zwrócić z biletów – dodaje i przekonuje, że wejściówki są tak drogie z braku innego wyjścia. – Podniesienie ceny biletu zbyt wysoko też jest ryzykiem – tutaj Trzciński przypomina występ Lenny’ego Kravitza na Bemowie w 2004 roku. Bilety kosztowały od 200 do 350 złotych, a impreza okazała się klapą.
1 2 3

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2009.03.13 13:40

ZAiKS zabiera 8 proc. ceny biletów teoretycznie po to, by przekazać te pieniądze autorom wykonywanych na koncercie kompozycji - wszak nie zawsze jest to sam wykonawca. Wydaje się to rozsądne,...

Mariusz Herma
2009.03.12 13:06

ceny bitetów sa w Polszy zabojcze! koncerty w zadupiastych klubach bez porzadenj akustyki, gdzie wszystko brzmi jak z psiej d.. kosztuja po 80 zł . oczywiscie organizator nic na tym nie...

2009.03.12 00:21

Nie kumam tego, że zaiks bierze 5-10% przychodu z koncertu...jakim prawem tak jest? Za co ta opłata? Za to, że artysta wykonuje własne utwory na scenie?

Wszystkie

skala ocen "Przekroju"

6.gif    wybitne 

5.gif    bardzo dobre

4.gif    warto

3.gif    przeciętne

2.gif    słabe

1.gif    dno

Koniecznie przeczytaj








„Przekrój” 35/2010 

okladka_mini_35.jpg W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku

Przeszczep życia
• Palikot do Miecugowa: Idę po władzę!
• Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni

Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści