|
Odpływ weny
Bartek Chaciński Jack Johnson to sympatyczny i zdolny gość. Tym razem jednak surfuje po wodach banału
+++ Jack Johnson „Sleep Through The Static”, Brushfire Records
Poprzednie albumy jacka Johnsona były jak woda. Nie dlatego, że takie rozwodnione. Przeciwnie. Skrzyły się od melodyjnych piosenek. Jego płytę „In Between Dreams” miałem w domu, w pracy i w odtwarzaczu, na przejazd pomiędzy domem a pracą. I gdy nie miałem siły słuchać niczego, to przezroczyste, nienachalne, akustyczne granie się sprawdzało. I nie nużyło nigdy. Jak woda. Nowa płyta z wody ma co innego: idzie jak woda. Johnson, urodzony na Hawajach, był zawodowym surferem, ale po wypadku, w wyniku którego trafił pokiereszowany do szpitala, zaczął pisać piosenki. A gdy wstawili mu nowe zęby (stare stracił), okazał się jeszcze niezłym wokalistą przypominającym trochę barwą Anthony’ego Kiedisa. Choć już stylem (akustyczna gi-tara, barowe pianino...) kojarzy się bardziej z Norah Jones. To takie surfowanie po krawędzi banału, które do czasu wypada znakomicie, ale może skończyć się źle, gdy zabraknie weny. A w takiej sytuacji znalazł się Johnson. Podobno, rejestrując „Sleep Through The Static”, używał wyłącznie energii słonecznej. Skoro tak, to chyba zamiast na Hawajach nagry-wał to jesienią w Polsce. Bartek Chaciński "Przekrój" nr 02/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|