|
Wejście Julii
Marcin Sendecki Poetka mocno debiutuje prozą Z pewnego szanującego się periodyku kulturalnego, po który sięgam czasem w celach rozrywkowych, dowiedziałem się ostatnio – cytuję z pamięci – że „Zaburzenia” Thomasa Bernharda właściwie nie da się czytać, bo przecież świat nie jest naprawdę tak straszliwy, jak go autor maluje. Wspominam o tym, by od razu przestrzec czytelników tęskniących do zgoła niebernhardowskich pejzaży, że w książce Julii Fiedorczuk raczej ich nie znajdą. Pada w niej za to kwestia jednej z bohaterek: „Bardzo proszę, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Nie, to niemożliwe. Żeby wszyscy byli bezpieczni. Żeby nikomu nic się nie stało. A jeśli już dzieje się coś złego, niech to przynajmniej ma jakiś sens. Cierpienie. Niech ich uszlachetni i poprowadzi w sam środek radosnego światła!”. Kwestia ważna, bo w opowiadaniach Fiedorczuk jest dokładnie na odwrót. Jej postaci to głównie kobiety, wszystkie na swój sposób wypchnięte z kolein normalności, doświadczone traumą, krzywdą, przemocą, własną cielesnością, życiem samym. Bardzo to ciekawe, bo Fiedorczuk, autorka kilku tomów wierszy i badaczka literatury amerykańskiej (największa w Polsce specjalistka od wielkiej ekscentryczki Laury Riding), nie jest przecież poetką jakoś szczególniej mroczną. Wygląda więc na to, że debiutując prozą, chciała poszerzyć pole swoich zainteresowań. Z sukcesem – co do tego nie mam wątpliwości. Zwykło się mówić w takich razach, że rzecz wcale nie wygląda na debiut – i tak jest naprawdę. Nie ma u Fiedorczuk nic pospiesznie wykrzyczanego, niechlujnego, niedorobionego. Jest – nieco paradoksalnie, wziąwszy pod uwagę jej tematy – radość pisania, radość z układania celnych zdań, cyzelowania opisów, pisarska samoświadomość. Jej niedługie opowiadania są gęste od zdarzeń i znaczeń – parę współczesnych polskich pisarek każde z nich rozdęłoby pewnie w powieść – a jednocześnie elegancko skonstruowane, umiejętnie wykorzystujące napięcie między dosadnością konkretu a niedopowiedzeniem. Za tekst najlepszy mam tytułowy „Poranek Marii”. Inne niewiele mu ustępują, ale – pora na drobne zastrzeżenie – przy końcu tomu zdaje się, że oto tryb pisania Fiedorczuk wyczerpuje własne możliwości do cna. Że dalej się tak nie da i następna proza poetki, by zachować świeżość, musi przekroczyć samą siebie: tematycznie, objętościowo, stylistycznie. Jak będzie? Intrygujące pytanie. Marcin Sendecki „Przekrój” 08/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|