|
I oto Cave został pisarzem
Marcin Sendecki Taka powieść to radość, choć niewiele jest w niej do śmiechu Po wielu latach od powieściowego debiutu („Gdy oślica ujrzała anioła”, 1989, wydanie polskie 1996), który trudno było uznać za olśniewający, Nick Cave znowu napisał książkę – świetną, powiedzmy to sobie od razu. Nowe dzieło australijskiego muzyka (o którego muzycznych przewagach nie będę się rozwodzić, bo wstyd ich nie znać) to opowieść o ostatnich dniach Bunny’ego Munro, komiwojażera seksoholika z angielskiego Brighton – gdzie zresztą sam Cave dziś rezyduje. Bunny z loczkiem na czole, który z równą wprawą wciska damom kosmetyki i uwodzi je na potęgę, a jeśli wdzięku nie staje, nie waha się użyć nawet pigułki gwałtu, jest – jako postać – gracko skomponowany, odrażający i sympatyczny zarazem, samoświadom i bezwolny wobec własnych popędów, groteskowy i tragiczny w potępieńczym marszu ku (samo)zagładzie. Cave – i ten właśnie pomysł decyduje o klasie książki – za towarzysza daje mu małoletniego syna Bunny’ego Juniora, który po samobójstwie matki (udręczonej depresją i wybrykami Bunny’ego) jedzie z ojcem w sprzedażową trasę, studiując (i uroczo cytując) encyklopedię i z niedowierzaniem rozglądając się po świecie. Robi tę prozę Cave precyzyjnie, czujnie, z dystansem, z rzadkim zmysłem- obserwacji (dzięki czemu poza historią upadłej jednostki dostajemy też minifresk społeczny), udatnie balansując między zgrywą a dramatem, umiejętnie obchodząc się z nieuchronnymi drastycznościami swojej opowieści. A zatem najszczersze oklaski. I najprawdziwsza radość – Nick Cave napisał jeszcze jedną, tym razem rozpisaną na kilkaset stron „morderczą balladę”. Marcin Sendecki „Przekrój” 43/2009 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|