Maj Sjöwall i Per Wahlöö. para, która przebojem wdarła się na europejskie rynki wydawnicze pod koniec lat 60. Szwedzi. Chyba troszkę znudzeni wyczerpującą się już wówczas formułą (choć sam termin pojawił się niedługo wcześniej) czarnego kryminału. Tworzą postać sztokholmskiego policjanta Martina Becka i fundują nowy, żmudny i proceduralny, a jednocześnie społecznie zaangażowany kryminał.
To także dzięki nim i ich sukcesowi Henning Mankell sprzedał już ponad 20 milionów egzemplarzy swoich książek przełożonych na 35 języków. Kto wie, czy bez tej pary Stieg Larsson sprzedawałby po kilkanaście milionów każdej części „Millenium” w samej Europie. I czy bez drogi, którą wytyczyli Sjöwall i Wahlöö, w księgarniach wiedeńskich, berlińskich czy londyńskich normą – jak to jest dzisiaj – byłyby osobne półki z podpisem: kryminał skandynawski.
W Polsce od roku 1968 do 1980 pozwolono opublikować cztery ich powieści ze „Śmiejącym się policjantem” na czele. Krytykowały one stosunki w kraju kapitalistycznym ustami ludzi stamtąd, a PRL to lubił i hołubił. Jednak na tłumaczenie ich debiutanckiej „Roseanny” musieliśmy czekać 44 lata. Dlaczego wreszcie się ukazała? Bo i u nas trzy, może cztery lata temu zaczęła się moda na kryminał skandynawski.
To ciekawe, że zasypywani polskimi edycjami dzieł z Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii czy Rosji nie podsumowujemy reprezentujących te kraje książek mianem wyczerpującym i ogólnym kryminału francuskiego, niemieckiego, włoskiego i tak dalej. Pewnie dlatego, że określenie to nie znaczyłoby dla wszystkich tego samego i że nie każdy wiedziałby, o czym się mówi. Że nie składałyby się na tę definicję pewne rozpoznawalne, wspólne cechy, powracające tematy, powtarzalne wzory i rozwiązania formalne charakterystyczne dla danego kraju. Tym dziwniejszy wydaje się w Polsce sukces tak zwanego kryminału skandynawskiego. A mówimy o sukcesie niewątpliwym, choć potop skandynawski zaczął się niepostrzeżenie. Nie było fanfar i niepotrzebna była zdrada litewskiej arystokracji. Po prostu powoli i konsekwentnie poszerzano ofertę. Aż wreszcie dostrzeżono zjawisko.
Kilkadziesiąt tytułów, kilkunastu autorów w ciągu ostatnich trzech lat. Kilku ważnych polskich wydawców zaangażowanych w promocję skandynawskich pisarzy. Od bestsellerowego Henninga Mankella, przez mało komu znanego, znakomitego Fina Mattiego Yrjänę Joensuu, po oszałamiający sukces Stiega Larssona. Stosunkowo duża liczba recenzji posługujących się kluczem „kryminał skandynawski”. Szwecja jako gość tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2009, a wśród pozostałych gości głównie Norwegowie. Można by wymieniać dłużej.
Oczywiście łata kryminału skandynawskiego nie ucieszy Szwedów, Norwegów czy Finów. Uważają oni, skądinąd słusznie, że ich kryminały różnią się między sobą znacząco i wrzucanie do jednego worka Norwegów Jo Nesbø, Karin Fossum czy Anne Holt ze Szwedami Johanem Theorinem, Jensem Lapidusem czy Lizą Marklund jest co najmniej niestosowne. Ale stało się. Spróbujmy przyjrzeć się tej osobliwości, wychodząc z założenia, że skoro zjawisko się już zdefiniowało samo, skoro czytelnicy zdecydowali posługiwać się takim, a nie innym kodem, to coś musi być na rzeczy. Musi być jakiś wspólny, by nie rzec wspólnotowy, rodzaj recepcji tej literatury.
Zbrodnia pozamiejska
Mogłoby się wydawać, że kategoryzacja literatury ze względów narodowych w ogóle mija się z celem. Moim zdaniem jednak coś jest na rzeczy i nie boczymy się już na określenia (i jakoś je wspólnie rozumiemy): wielkie XIX-wieczne powieści rosyjskie czy romantyczny dramat niemiecki, a nawet kino hiszpańskie. Niemniej elementem odróżniającym powieść kryminalną od innych gatunków literackich nigdy nie były kategorie narodowe, lecz miasto i bohater, co dawało możliwość porównania – nawet jeśli dla wielu brzmi to obrazoburczo – powieści z natury „użytkowej, jednorazowej i rozrywkowej” z powieścią „artystyczną”. Te dwa wytrychy powodowały i wciąż powodują, że kryminał pozostaje gatunkiem uniwersalnym. Bo niby z jakiego powodu czytelnik w Polsce i Gabonie miałby z równą niecierpliwością czekać na kolejne przygody jakiegoś Philipa Marlowe’a w brudnym Los Angeles kilkadziesiąt lat temu?
Zacznijmy zatem od miasta. Dlaczego polski czytelnik powinien z większą ciekawością czekać na detaliczny, charakterystyczny i wyjątkowy opis Berlina, Paryża, Madrytu i Wenecji niźli Oslo czy Sztokholmu? Bo tamte miasta istnieją w naszej świadomości kulturowej od bardzo dawna. Bo są nierozerwalnie związane z naszą wiedzą o świecie. A także dlatego, że statystycznie odwiedzamy je znacznie częściej. I jeszcze dlatego, że przeciętny Polak wie, jak się mówi po niemiecku „ulica”, a nie wie, jak to jest po fińsku. A jednak to nie Paryż z powieści Fred Vargas zrobił w Polsce furorę, nie Barcelona Gimenez-Bartlett czy Eduarda Mendozy i nie Marsylia Claude’a Izzo, a nawet Wenecja Donny Leon. Owszem, są fani tych autorów, ale porównywać ich sukces z Ystad Henninga Mankella byłoby nieelegancko. A kto wie, gdzie leży Ystad?
I dlaczego w zachęcających do kupienia informacjach na okładkach książek skandynawskich autorów bardzo rzadko pojawia się miejsce akcji? Albowiem nie tu tkwi energia tej prozy. Nie w miastach siła skandynawskiej powieści. Inna przestrzeń jest w niej eksplorowana. Straszniejsza niż miejska dżungla, do której mroków i niebezpieczeństw przyzwyczaili nas autorzy anglojęzyczni.
Bohater Mankella, komisarz z Ystad, przemierza Skanię, a autor dokłada starań, byśmy zakosztowali surowego, dzikiego krajobrazu i poczuli nieprzychylny człowiekowi klimat. To dobre tło dla powieści kryminalnej, kiedy pusto, zimno, ciemno, a ludzie mieszkają od siebie daleko. Podobnie czyni Szwed Johan Theorin w „Zmierzchu”, umieszczając akcję na Olandii. Norweżka Karin Fossum swojemu detektywowi Konradowi Sejerowi każe pracować w małym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich, a zamknięta przestrzeń podkreśla depresyjność jej książek. Z kolei Stieg Larsson w pierwszej powieści z trójksięgu „Millenium” każe bohaterowi prowadzić śledztwo w osadzie, która przed laty powstała niemal w całości w wyniku rozwijających się dynamicznie interesów jednej rodziny.
Przykłady można by mnożyć. Ciekawe, czy skandynawscy autorzy są świadomi, że czułość, z jaką odnoszą się do tych miejsc, że wnikliwa i często gorzka obserwacja przemian socjologicznych na przykładzie małych społeczności nie mają dla czytelnika spoza Skandynawii znaczenia podstawowego. Ważniejsze zdają się tu budowanie nastroju niepokoju i grozy, tajemnicza aura i często tragiczna historia unosząca się nad prowincją, ciekawość egzotycznego bądź co bądź świata, który zdaje się stać w miejscu, pielęgnować tradycję, nie pozwalać obcym na wejście w zaklęty krąg pozornej niezmienności, w którym zbrodnia jest w równym stopniu oswojona jak przerażająca.
Niebezpieczna kobieta
Teraz dwa słowa o bohaterze. A właściwie bohaterce. Bo o ile bardzo długo kryminał skandynawski operował poddającym się łatwemu opisowi i znanym świetnie z historii gatunku typem komisarza w rodzaju wspomnianych Kurta Wallandera, Konrada Seyera czy bohatera bardzo dobrej prozy Jo Nesbø Harry’ego Hole’a, o tyle wprowadzenie na scenę przez Stiega Larssona niejakiej Lisbeth Salander wieszczy rewolucję w konstrukcji bohatera skandynawskiego kryminału. Zdumiewa zresztą, że tyle to trwało, zważywszy na tematykę skandynawskiej prozy rozrywkowej, która wciąż powraca do tematów niesprawiedliwości społecznych, przemocy wobec kobiet i dzieci, i to na te tematy zdaje się być szczególnie uczulona.
Kim zatem jest Salander i dlaczego jest taka ważna? W pierwszej części trylogii „Millenium” „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson zarezerwował dla niej rolę pomocnika dziennikarza śledczego o wdzięcznym przydomku Kalle Blomkvist, czego źródeł tłumaczyć miłośnikom Astrid Lindgren nie trzeba. Jednak jej postać młodej, zbuntowanej, pozbawionej praw publicznych, leczonej psychiatrycznie, ale niebezpiecznie zdolnej hakerki i reasercherki pracującej dla firmy z branży ochroniarskiej już w pierwszym tomie nie zmieściła się w zaplanowanej roli. Salander rozsadzała tę książkę. Bezkompromisowość, traumatyczna historia z przeszłości, społeczne nieprzystosowanie, własny – niekoniecznie zgodny z prawem – system wartości, samotność – to wszystko powodowało, że to ona zapadała w pamięć najgłębiej spośród przedstawionych postaci.
Piersi Lisbeth Salander
Dlaczego? Ponieważ odebrała mężczyznom wszystko, co było dla nich do tej pory w kryminale zarezerwowane, a na dodatek nie została zbudowana z atrybutów zmysłowej kobiecości. Przeciwnie: chuda, bez biustu, zaniedbana, wytatuowana i zakolczykowana. A jednak kibicuje się tej dziwnej kobiecie. W drugim tomie „Millenium” („Dziewczyna, która igrała z ogniem”) polski wydawca umieścił na okładce opinię z „Guardiana”: „Salander to Lara Croft dla dorosłych, kobieta terminator”, i dalej: „Fascynująca postać o pełnej i złożonej psychice”. O ile druga część jest zgodna z prawdą, o tyle pierwsza sugeruje coś dla bohaterki bardzo krzywdzącego. Próbując odwoływać się do wspólnych doświadczeń z dziedziny kultury masowej, recenzent „Guardiana” ogranicza tę postać do komiksowego schematu, glajchszaltuje ją. A jej nie da się zaszufladkować. W obronie upokarzanych dzieci i kobiet Larsson powołał do życia twór nieznany literaturze popularnej. Skupiający w sobie wszystkie cechy, które najczęściej odstraszają mężczyzn. Niepospolitą inteligencję, nieatrakcyjność fizyczną, własny system wartości i przede wszystkim mściwość wobec tych, którzy krzywdzą słabszych od siebie. Niezależność. Brak tradycyjnych potrzeb zazwyczaj towarzyszących kobietom w tego typu literaturze. I jeszcze biseksualność. I ogromną wolę życia, do którego nikt nie ma dostępu.
Przewiduję, że bardzo szybko twory salanderopodobne zapełnią karty powieści kryminalnych w całej Europie, bo w całej Europie panuje już kult trylogii „Millenium”.
I dobrze. Bo wprawdzie kobieta w kryminale skandynawskim rzadko bywała przewidywalna, co zawdzięczamy zapewne znaczącemu udziałowi autorek w gronie szwedzkich czy norweskich twórców, ale nigdy nie osiągnęła takiej pełni. A dlaczego w drugiej części Salander powiększyła sobie piersi? Na pewno nie po to, żeby podobać się mężczyznom. Zresztą przekonajcie się sami.
Irek Grin
„Przekrój” 29/2009
Irek Grin - pisarz, wydawca. Redaktor w Wydawnictwie EMG. Prezes Stowarzyszenia Miłośników Kryminału i Powieści Sensacyjnej „Trup w szafie”. Szef Międzynarodowego Festiwalu Kryminału Wrocław 2009, który potrwa od 28 listopada do 9 grudnia. Na imprezę zaproszono między innymi Henninga Mankella, Karin Fossum, Jensa Lapidusa, Johana Theorina, Jo Nesbo, Anne Holt