|
Nie tylko Mankell, czyli potop skandynawskich kryminałów
Irek Grin Zbrodnia pozamiejska Mogłoby się wydawać, że kategoryzacja literatury ze względów narodowych w ogóle mija się z celem. Moim zdaniem jednak coś jest na rzeczy i nie boczymy się już na określenia (i jakoś je wspólnie rozumiemy): wielkie XIX-wieczne powieści rosyjskie czy romantyczny dramat niemiecki, a nawet kino hiszpańskie. Niemniej elementem odróżniającym powieść kryminalną od innych gatunków literackich nigdy nie były kategorie narodowe, lecz miasto i bohater, co dawało możliwość porównania – nawet jeśli dla wielu brzmi to obrazoburczo – powieści z natury „użytkowej, jednorazowej i rozrywkowej” z powieścią „artystyczną”. Te dwa wytrychy powodowały i wciąż powodują, że kryminał pozostaje gatunkiem uniwersalnym. Bo niby z jakiego powodu czytelnik w Polsce i Gabonie miałby z równą niecierpliwością czekać na kolejne przygody jakiegoś Philipa Marlowe’a w brudnym Los Angeles kilkadziesiąt lat temu? Zacznijmy zatem od miasta. Dlaczego polski czytelnik powinien z większą ciekawością czekać na detaliczny, charakterystyczny i wyjątkowy opis Berlina, Paryża, Madrytu i Wenecji niźli Oslo czy Sztokholmu? Bo tamte miasta istnieją w naszej świadomości kulturowej od bardzo dawna. Bo są nierozerwalnie związane z naszą wiedzą o świecie. A także dlatego, że statystycznie odwiedzamy je znacznie częściej. I jeszcze dlatego, że przeciętny Polak wie, jak się mówi po niemiecku „ulica”, a nie wie, jak to jest po fińsku. A jednak to nie Paryż z powieści Fred Vargas zrobił w Polsce furorę, nie Barcelona Gimenez-Bartlett czy Eduarda Mendozy i nie Marsylia Claude’a Izzo, a nawet Wenecja Donny Leon. Owszem, są fani tych autorów, ale porównywać ich sukces z Ystad Henninga Mankella byłoby nieelegancko. A kto wie, gdzie leży Ystad? I dlaczego w zachęcających do kupienia informacjach na okładkach książek skandynawskich autorów bardzo rzadko pojawia się miejsce akcji? Albowiem nie tu tkwi energia tej prozy. Nie w miastach siła skandynawskiej powieści. Inna przestrzeń jest w niej eksplorowana. Straszniejsza niż miejska dżungla, do której mroków i niebezpieczeństw przyzwyczaili nas autorzy anglojęzyczni. Bohater Mankella, komisarz z Ystad, przemierza Skanię, a autor dokłada starań, byśmy zakosztowali surowego, dzikiego krajobrazu i poczuli nieprzychylny człowiekowi klimat. To dobre tło dla powieści kryminalnej, kiedy pusto, zimno, ciemno, a ludzie mieszkają od siebie daleko. Podobnie czyni Szwed Johan Theorin w „Zmierzchu”, umieszczając akcję na Olandii. Norweżka Karin Fossum swojemu detektywowi Konradowi Sejerowi każe pracować w małym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich, a zamknięta przestrzeń podkreśla depresyjność jej książek. Z kolei Stieg Larsson w pierwszej powieści z trójksięgu „Millenium” każe bohaterowi prowadzić śledztwo w osadzie, która przed laty powstała niemal w całości w wyniku rozwijających się dynamicznie interesów jednej rodziny. Przykłady można by mnożyć. Ciekawe, czy skandynawscy autorzy są świadomi, że czułość, z jaką odnoszą się do tych miejsc, że wnikliwa i często gorzka obserwacja przemian socjologicznych na przykładzie małych społeczności nie mają dla czytelnika spoza Skandynawii znaczenia podstawowego. Ważniejsze zdają się tu budowanie nastroju niepokoju i grozy, tajemnicza aura i często tragiczna historia unosząca się nad prowincją, ciekawość egzotycznego bądź co bądź świata, który zdaje się stać w miejscu, pielęgnować tradycję, nie pozwalać obcym na wejście w zaklęty krąg pozornej niezmienności, w którym zbrodnia jest w równym stopniu oswojona jak przerażająca. Niebezpieczna kobieta Teraz dwa słowa o bohaterze. A właściwie bohaterce. Bo o ile bardzo długo kryminał skandynawski operował poddającym się łatwemu opisowi i znanym świetnie z historii gatunku typem komisarza w rodzaju wspomnianych Kurta Wallandera, Konrada Seyera czy bohatera bardzo dobrej prozy Jo Nesbø Harry’ego Hole’a, o tyle wprowadzenie na scenę przez Stiega Larssona niejakiej Lisbeth Salander wieszczy rewolucję w konstrukcji bohatera skandynawskiego kryminału. Zdumiewa zresztą, że tyle to trwało, zważywszy na tematykę skandynawskiej prozy rozrywkowej, która wciąż powraca do tematów niesprawiedliwości społecznych, przemocy wobec kobiet i dzieci, i to na te tematy zdaje się być szczególnie uczulona. Kim zatem jest Salander i dlaczego jest taka ważna? W pierwszej części trylogii „Millenium” „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson zarezerwował dla niej rolę pomocnika dziennikarza śledczego o wdzięcznym przydomku Kalle Blomkvist, czego źródeł tłumaczyć miłośnikom Astrid Lindgren nie trzeba. Jednak jej postać młodej, zbuntowanej, pozbawionej praw publicznych, leczonej psychiatrycznie, ale niebezpiecznie zdolnej hakerki i reasercherki pracującej dla firmy z branży ochroniarskiej już w pierwszym tomie nie zmieściła się w zaplanowanej roli. Salander rozsadzała tę książkę. Bezkompromisowość, traumatyczna historia z przeszłości, społeczne nieprzystosowanie, własny – niekoniecznie zgodny z prawem – system wartości, samotność – to wszystko powodowało, że to ona zapadała w pamięć najgłębiej spośród przedstawionych postaci. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.07.29 01:35
glajsztaltować - ujednolicać, podciągać do jednego poziomu. 2009.07.28 12:28
a co to znaczy? Czy to z niemieckiego (aus)gleichen? Bylbym wdzieczny za wytlumaczenie? kimar
skala ocen "Przekroju"
|
|