Strona główna > Kultura > Książki > Nie tylko Mankell, czyli potop skandynawskich kryminałów
27.07.2009
Nie tylko Mankell, czyli potop skandynawskich kryminałów

Irek Grin

Powiększ zdjęcie

ilustracja Marek Oleksicki

Zbrodnia pozamiejska
Mogłoby się wydawać, że kategoryzacja literatury ze względów narodowych w ogóle mija się z celem. Moim zdaniem jednak coś jest na rzeczy i nie boczymy się już na określenia (i jakoś je wspólnie rozumiemy): wielkie XIX-wieczne powieści rosyjskie czy romantyczny dramat niemiecki, a nawet kino hiszpańskie. Niemniej elementem odróżniającym powieść kryminalną od innych gatunków literackich nigdy nie były kategorie narodowe, lecz miasto i bohater, co dawało możliwość porównania – nawet jeśli dla wielu brzmi to obrazoburczo – powieści z natury „użytkowej, jednorazowej i rozrywkowej” z powieścią „artystyczną”. Te dwa wytrychy powodowały i wciąż powodują, że kryminał pozostaje gatunkiem uniwersalnym. Bo niby z jakiego powodu czytelnik w Polsce i Gabonie miałby z równą niecierpliwością czekać na kolejne przygody jakiegoś Philipa Marlowe’a w brudnym Los Angeles kilkadziesiąt lat temu?
Zacznijmy zatem od miasta. Dlaczego polski czytelnik powinien z większą ciekawością czekać na detaliczny, charakterystyczny i wyjątkowy opis Berlina, Paryża, Madrytu i Wenecji niźli Oslo czy Sztokholmu? Bo tamte miasta istnieją w naszej świadomości kulturowej od bardzo dawna. Bo są nierozerwalnie związane z naszą wiedzą o świecie. A także dlatego, że statystycznie odwiedzamy je znacznie częściej. I jeszcze dlatego, że przeciętny Polak wie, jak się mówi po niemiecku „ulica”, a nie wie, jak to jest po fińsku. A jednak to nie Paryż z powieści Fred Vargas zrobił w Polsce furorę, nie Barcelona Gimenez-Bartlett czy Eduarda Mendozy i nie Marsylia Claude’a Izzo, a nawet Wenecja Donny Leon. Owszem, są fani tych autorów, ale porównywać ich sukces z Ystad Henninga Mankella byłoby nieelegancko. A kto wie, gdzie leży Ystad?

I dlaczego w zachęcających do kupienia informacjach na okładkach książek skandynawskich autorów bardzo rzadko pojawia się miejsce akcji? Albowiem nie tu tkwi energia tej prozy. Nie w miastach siła skandynawskiej powieści. Inna przestrzeń jest w niej eksplorowana. Straszniejsza niż miejska dżungla, do której mroków i niebezpieczeństw przyzwyczaili nas autorzy anglojęzyczni.

Bohater Mankella, komisarz z Ystad, przemierza Skanię, a autor dokłada starań, byśmy zakosztowali surowego, dzikiego krajobrazu i poczuli nieprzychylny człowiekowi klimat. To dobre tło dla powieści kryminalnej, kiedy pusto, zimno, ciemno, a ludzie mieszkają od siebie daleko. Podobnie czyni Szwed Johan Theorin w „Zmierzchu”, umieszczając akcję na Olandii. Norweżka Karin Fossum swojemu detektywowi Konradowi Sejerowi każe pracować w małym miasteczku, gdzie wszyscy znają wszystkich, a zamknięta przestrzeń podkreśla depresyjność jej książek. Z kolei Stieg Larsson w pierwszej powieści z trójksięgu „Millenium” każe bohaterowi prowadzić śledztwo w osadzie, która przed laty powstała niemal w całości w wyniku rozwijających się dynamicznie interesów jednej rodziny.

Przykłady można by mnożyć. Ciekawe, czy skandynawscy autorzy są świadomi, że czułość, z jaką odnoszą się do tych miejsc, że wnikliwa i często gorzka obserwacja przemian socjologicznych na przykładzie małych społeczności nie mają dla czytelnika spoza Skandynawii znaczenia podstawowego. Ważniejsze zdają się tu budowanie nastroju niepokoju i grozy, tajemnicza aura i często tragiczna historia unosząca się nad prowincją, ciekawość egzotycznego bądź co bądź świata, który zdaje się stać w miejscu, pielęgnować tradycję, nie pozwalać obcym na wejście w zaklęty krąg pozornej niezmienności, w którym zbrodnia jest w równym stopniu oswojona jak przerażająca.

Niebezpieczna kobieta
Teraz dwa słowa o bohaterze. A właściwie bohaterce. Bo o ile bardzo długo kryminał skandynawski operował poddającym się łatwemu opisowi i znanym świetnie z historii gatunku typem komisarza w rodzaju wspomnianych Kurta Wallandera, Konrada Seyera czy bohatera bardzo dobrej prozy Jo Nesbø Harry’ego Hole’a, o tyle wprowadzenie na scenę przez Stiega Larssona niejakiej Lisbeth Salander wieszczy rewolucję w konstrukcji bohatera skandynawskiego kryminału. Zdumiewa zresztą, że tyle to trwało, zważywszy na tematykę skandynawskiej prozy rozrywkowej, która wciąż powraca do tematów niesprawiedliwości społecznych, przemocy wobec kobiet i dzieci, i to na te tematy zdaje się być szczególnie uczulona.
Kim zatem jest Salander i dlaczego jest taka ważna? W pierwszej części trylogii „Millenium” „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson zarezerwował dla niej rolę pomocnika dziennikarza śledczego o wdzięcznym przydomku Kalle Blomkvist, czego źródeł tłumaczyć miłośnikom Astrid Lindgren nie trzeba. Jednak jej postać młodej, zbuntowanej, pozbawionej praw publicznych, leczonej psychiatrycznie, ale niebezpiecznie zdolnej hakerki i reasercherki pracującej dla firmy z branży ochroniarskiej już w pierwszym tomie nie zmieściła się w zaplanowanej roli. Salander rozsadzała tę książkę. Bezkompromisowość, traumatyczna historia z przeszłości, społeczne nieprzystosowanie, własny – niekoniecznie zgodny z prawem – system wartości, samotność – to wszystko powodowało, że to ona zapadała w pamięć najgłębiej spośród przedstawionych postaci.
1 2 3

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

glajsztaltować - ujednolicać, podciągać do jednego poziomu.

2009.07.28 12:28

a co to znaczy? Czy to z niemieckiego (aus)gleichen? Bylbym wdzieczny za wytlumaczenie?

kimar

Wszystkie