|
Już nie samotni mężczyźni
Bartosz Żurawiecki Mainstreamowe kino przestało bać się gejów. Co nie znaczy, że zrobiło się całkiem tęczowo
Prezydencka kampania pokazała, że nasi politycy wciąż lekceważą mniejszości seksualne. Istnieje jednak w Polsce dziedzina, w której niewiele brakuje do równouprawnienia – kultura. Po literaturze, teatrze i sztukach plastycznych przyszedł czas na kino. Na razie, niestety, tylko to sprowadzane do Polski z obcych krajów. W lipcu do kin trafi pięć filmów podejmujących tematykę homoseksualną. Dodajmy do tego jeszcze edycję „tęczowych” produkcji na DVD, kilka przeglądów w całej Polsce (choćby „Celuloidowa Ars Homo Erotica” w stołecznym Iluzjonie) oraz specjalny cykl filmowy w kanale telewizyjnym Ale Kino! – „Kino mówi: gender”.
Ukryte pragnienia To nagłe zainteresowanie gejami i lesbijkami wynika oczywiście z tego, że w Warszawie trwa festiwal EuroPride, który ma się zakończyć 17 lipca międzynarodową paradą. Szum wokół tego wydarzenia nasunął dystrybutorom myśl, że i na mniejszościach seksualnych można zarobić. Nie jest to z pewnością odkrycie epokowe, gdyż w krajach zachodnich od dawna istnieje osobny rynek queerowych (czyli nieheteronormatywnych) wydawnictw. Są to zresztą produkcje o bardzo różnym charakterze – od dzieł eksperymentalnych po komedie romantyczne – i różnej jakości. Wiele z nich nie wychodzi co prawda poza obieg branżowych festiwali i dystrybucji DVD, jednak bez wątpienia mają one stałych odbiorców. W Polsce tematyka homoseksualna wciąż sprzedaje się z oporami. Homofobia w narodzie nie odpuszcza, więc lesbijki i geje, w większości kryjący się ze swoją orientacją, wolą ściągnąć coś z netu w domu po kryjomu, niż pójść do kina na wiadomy film i tym samym niejako się ujawnić. Lepiej powinno być z propozycjami DVD, jednak wydane jakiś czas temu przez Mayfly „Kochałam Annabelle”, które miało zapoczątkować „Tęczową kolekcję”, nie poszło najlepiej. Dopiero teraz firma ostrożnie wróciła do pomysłu i wypuściła dwa filmy: tajwański lesbijski „Deszcz słodyczy” oraz gejowskie francuskie „Prawie nic” (premiery 9 lipca). Jeśli chwycą, to do końca roku ukażą się kolejne dwa tytuły. Z drugiej strony tłumy szturmujące warszawską Kinotekę, w której od kilku miesięcy organizowane są Czwartki LGBT (skrót od lesbijek, gejów, biseksualistów i „transów”), świadczą o tym, że – przynajmniej w stolicy – jest popyt na tego typu produkcje. Gdy w maju do naszych kin weszły dwa stricte gejowskie filmy – „Samotny mężczyzna” Toma Forda oraz „I Love You Phillip Morris” Glenna Ficarry i Johna Requy – ich polscy dystrybutorzy (odpowiednio Gutek Film i Monolith) mocno się nagimnastykowali, by w materiałach promocyjnych zataić homoseksualne treści. W ulotce do „Samotnego mężczyzny” czytamy: „Jeden dzień z życia profesora, który nie może pogodzić się z tym, że właśnie stracił swoją wielką miłość. Tego dnia pozornie nieistotne spotkanie i czas spędzony z dawną ukochaną otworzą przed nim niespodziewanie szanse na nowe uczucie...”. Ha! Ha! Ha! Jak widać, udało się nie tylko ukryć prawdziwą orientację George’a Falconera, ale jeszcze zasugerować, że jest on hetero. Monolith natomiast w streszczeniu „I Love You...” pokombinował tak: „Steven trafia do więzienia. Tam poznaje swoje zupełne przeciwieństwo – wrażliwego i spokojnego Phillipa Morrisa. Co w obliczu tego spotkania zrobi Steven?”. Ktoś „zapomniał” dodać, że owo „spotkanie” to tak naprawdę „miłość od pierwszego wejrzenia”. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.07.26 16:13
jak ja nie nawidzę takich uproszczeń!!!! To był film o stracie, o rozpaczy, o niemożności życia bez miłości którą się straciło! To że facet był gejem akurat nie miał właściwie... zuza
skala ocen "Przekroju"
|
|