|
Gorillaz: Powrót z zaświatów
Jarek Szubrycht, Plastikowa Wyspa Murdoc przewiózł na Wyspę resztki sprzętu, urządził nowe studio i zabrał się do kompletowania składu. Najpierw próbował wskrzesić Noodle za pomocą praktyk okultystycznych, ale tylko grzywkę sobie osmalił. Na szczęście udało mu się odnaleźć szczątki gitarzystki i sklonowali ją zaprzyjaźnieni naukowcy. A czego nie dopatrzyli genetycy, poprawili inżynierowie i Noodle to dzisiaj w połowie cyborg. Nie straciła nic z drygu do gitary, ale ma też wgrany program militarny i pełni funkcję osobistej – nomen omen – gorylki Murdoca. Wokalista grupy, 2D, nie chciał słyszeć o reaktywacji Gorillaz. Wybaczył Niccalsowi kradzież dziewczyny i każdej następnej dziewczyny, ale zabicia Noodle wybaczyć mu nie zamierzał. Poza tym chciał wreszcie pójść do dentysty, wstawić sobie jedynki, a potem kupić miły domek na Hawajach i spędzić w nim resztę życia. Murdoc potrzebował jednak jego głosu. Uprowadził 2D i torturami zmusił do zaśpiewania na nowym albumie zatytułowanym „Plastic Beach”. Ponoć więzi go na Wyspie do tej pory. Słyszałem zresztą jakieś jęki pod podłogą, ale wolałem nie pytać o ich pochodzenie. Zapytałem natomiast o Russella Hobbsa, zwalistego perkusistę Gorillaz, po którym ślad zaginął przed dwoma laty. Wieść niesie, że prowadzi na Brooklynie warsztat samochodowy. – Bzdura – powiedział Murdoc. – Porwali go piraci, którym chciałem sprzedać trochę złomu, bo myśleli, że oddam im zaliczkę. Russ to fajny chłop, ale bez przesady, mam płacić za perkusistę? Wolałem sam zaprogramować bębny na nowej płycie. Goście, goście – Chodź, wrzucimy coś na ząb – Murdoc uchylił drzwi i popchnął mnie lekko w stronę zatopionej w półmroku kuchni. Coś przylepiło mi się do buta. „Nie jedz, nie pij, nie wciągaj nosem niczego, co ci poda” – przypomniałem sobie ostrzeżenie, które usłyszałem w EMI. Myślałem, że to żart, ale na Wyspie nie byłem już tego taki pewien. – Nie, dziękuję – powiedziałem, niezgrabnie wyszarpując z plecaka butelkę z wodą mineralną. – Jestem na diecie. – Wodę pijesz? Jak zwierzę… – mruknął Murdoc i dolał sobie absyntu. Po czym rozparł się na olbrzymiej, obitej czerwonym pluszem kanapie i pozwolił zapytać o „Plastic Beach”. – Niby taki z ciebie mizantrop, a do studia zaprosiłeś cały tłum gości – zauważyłem. – Wiesz, wysysanie cudzego talentu to jedyny rodzaj wampiryzmu, który jest społecznie akceptowany – skrzywił się. Czyli chyba uśmiechnął. – Mój największy sukces to Mick Jones i Paul Simonon po raz pierwszy razem od rozpadu The Clash. Cieszę się również z Bobby’ego Womacka, tego soulowego staruszka. Szkoda, że plan nie wypalił w stu procentach, bo miał kojfnąć w studiu i tym samym sprawić, że płyta będzie kultowa jeszcze przed wydaniem. Niewiele brakowało. Chory na cukrzycę Womack tuż po nagraniu stracił przytomność i na nogi postawił go dopiero podsunięty przez kogoś z obsługi banan. Inni goście to między innymi Snoop Dogg („Pali więcej ode mnie, niewiarygodne!”), Little Dragon, Lou Reed („Polubiliśmy się. Mamy to samo beztroskie poczucie humoru”), Mark E. Smith z The Fall, Hypnotic Brass Ensemble oraz libańska Narodowa Orkiestra Orientalnej Muzyki Arabskiej („Załatwiałem interesy w Bejrucie i przy okazji ich nagrałem”). – Chcesz posłuchać? – oczywiście, że chciałem. Murdoc puścił mi więc „Plastic Beach”, a potem zapytał o opinię. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.03.04 14:36
przesluchalem album pare razy i niestety nie moge znalezc w nim nic ciekawego. trohe nudny i przereklamowany nazwiskami z muzyka w tle. felicjaczerwinska
2010.03.03 15:03
1. gdzie puenta? przebudzenie z narkotycznego snu w jaki popadł red. Szubrycht? what were you on?! 2. to jest tekst reklamowy, tak? dlaczego w takim razie zabrakło polskiego wcielenia Murdoca,... najnowszeZobacz koniecznie
|
|