|
Co ekonomiści wiedzą o seksie
Joanna Karpińska Ryzyko i kondomy Ekonomiści miewają też pomysły jawnie cyniczne. Jeden z nich (nazwisko przemilczę) wymyślił nawet, dlaczego zamężne i „porządne” kobiety pogardzają prostytutkami. Powód? Mężatka sprzedaje w ramach małżeńskiej transakcji seks, ale w zamian żąda monopolu – czyli wierności. Prostytutka sprzedaje seks bez zobowiązań i za grosze. Na tej samej zasadzie sprzedawcy legalnego, drogiego oprogramowania nie znoszą handlarzy pirackich programów: uważają, że piraci zaniżają ceny i niszczą rynek. Sprzedawcy legalnego oprogramowania pogardzają piratami i uważają ich za niemoralnych szkodników. Przejdźmy jednak do wniosków bardziej optymistycznych. W książce „Więcej seksu to bezpieczniejszy seks” („More Sex is Safer Sex”, 2007) Steven Landsburg z Uniwersytetu w Rochester napisał – opierając się na pracach innego ekonomisty Michaela Kremera – że gdyby ludzie, zwłaszcza ci o konserwatywnych poglądach, częściej uprawiali seks i mieli więcej partnerów, epidemia HIV byłaby... mniejsza. To wniosek całkowicie sprzeczny z intuicją: zwykle przyjmuje się, że to nadmiar seksu – szczególnie pozamałżeńskiego – przyczynia się do rozwoju epidemii. Landsburg napisał: „Wyobraźcie sobie kraj, w którym prawie wszystkie kobiety są monogamiczne, ale wszyscy mężczyźni chcą mieć przynajmniej dwie partnerki rocznie. W takich okolicznościach niewielka liczba prostytutek musiałaby »obsłużyć« wszystkich mężczyzn. Wkrótce wszystkie byłyby zakażone, a mężczyźni przynieśliby wirusa swoim wiernym żonom. Ale gdyby każda z tych monogamicznych żon miała jednego kochanka, rynek dla prostytucji by wysechł i wirus, który nie mógłby rozprzestrzeniać się wystarczająco szybko, żeby przetrwać, mógłby wymrzeć wraz z nim”. Szokujące? Gorzej – prawdziwe. Elisabeth Pisani, ekonomistka i była pracowniczka UNAIDS (agendy ONZ powołanej do walki z AIDS), w książce „Mądrość kurew” („Wisdom of Whores”, 2008) opisuje dokładnie taki przypadek. Na początku lat 90. w Tajlandii 57 procent 21-letnich mężczyzn chodziło do burdeli. Ponad połowa pracujących w nich kobiet była zakażona HIV. „Porządne” dziewczęta pod ścisłą opieką rodziców czekały z seksem do ślubu. W latach 90. tajska gospodarka rosła jednak szybko, rekordowa liczba młodych kobiet zdobyła wykształcenie i zaczęła prowadzić niezależne życie (a więc także przestała czekać z seksem do ślubu). Pod koniec lat 90. prawie połowa dziewcząt w wieku 15–21 lat przyznała, że uprawia seks ze swoim chłopakiem. 10 lat wcześniej przyznawała się do tego mniej niż co dziesiąta. Młodzi mężczyźni – którzy nigdzie na świecie nie mają zbyt dużo pieniędzy – przestali płacić prostytutkom za to, co dostawali od swoich dziewczyn bez wykładania gotówki na stół. Pod koniec lat 90. tylko 7 procent młodych mężczyzn płaciło za seks. Odsetek prostytutek zakażonych wirusem HIV spadł drastycznie. Przyczyniła się do tego także akcja promowania prezerwatyw prowadzona przez rząd w porozumieniu z właścicielami burdeli – ale, jak twierdzi Pisani, przede wszystkim zmiana „sieci” relacji seksualnych. Ekonomiści potrafią wytłumaczyć także inne nieoczywiste zjawisko – dlaczego wiele prostytutek zgadza się na seks bez prezerwatyw. Jak wykazują badania, większość z nich – nawet w biednych afrykańskich krajach – wie o AIDS i zna ryzyko zakażenia. Tim Harford opisuje ten mechanizm na przykładzie prostytutek z Meksyku. Za seks bez prezerwatywy dostają średnio o 25 procent większą stawkę. Czy warto się narażać? W rzeczywistości – pisze Harford – prostytutki wiedzą, że chociaż ryzyko zakażenia jest realne, to niewielkie. Tylko jeden na ośmiuset Meksykanów żyje z HIV. Nawet kiedy prostytutka ma pecha i zgodzi się na seks bez zabezpieczeń z zakażonym klientem, szansa zakażenia wynosi mniej niż 1 procent (jeśli klient ma jeszcze jakąś chorobę weneryczną – mniej niż 2 procent). Znając średnie dochody prostytutek i średnią długość życia bez HIV oraz z HIV, ekonomiści wyliczyli nawet, na ile prostytutka wycenia rok zdrowego życia: od 15 to 50 tysięcy dolarów, czyli mniej więcej równowartość pięcioletnich dochodów. To oczywiście okrutna kalkulacja. Ekonomię jednak nie bez powodu wielki XIX-wieczny historyk brytyjski Thomas Carlyle nazwał „złowrogą nauką” (użył angielskiego słowa dismal, które można przetłumaczyć także jako „ponury”, „przygnębiający”, „odpychający”). Racjonalny świat wcale nie musi być wspaniały, a racjonalne wybory jednych nie muszą być wcale dobre dla innych. Joanna Karpińska "Przekrój Nauki" nr 11 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.05.08 23:26
Jestem ze swoja kobieta od paru lat i beda z nia zawsze wybralem ja za to kim jest nie jak wyglada nie czy jest dobra nie czy zarabia czy ma szkole. 99% z was jak nie wiecej po prostu nie daje... 2009.05.08 23:48
Popełnia masę bardzo podstawowych błędów, choćby np. pisząc o "szerokim rozumieniu ceny", kiedy tak na prawdę na myśli ma koszt. A do tego posługuje się metaforami z innej dziedziny -... En
2009.06.23 14:14
Bledne zalozenia: czlowiek zazwyczaj nie postepuje racjonalnie. 2009.05.09 04:21
tim hartford nie jest ekonomista tylko dziennikarzem i nie ma nic wspolnego z princeton 2009.05.11 13:55
...zupelnie nowych, nie znanych nikomu faktow. Weryfikacja wiedzy i przekonan potocznych jest na przyklad jednym z glownych celow psychologii. Na kazdy mechanizm zachodzacy w przyrodzie mamy kilka... Łukasz
2009.05.08 22:13
"Dlatego dobrze wykształceni i dobrze sytuowani panowie mogą przebierać w atrakcyjnych partnerkach." To jacyś geniusze, ci ekonomiści. Nie? Kto by na to sam nie wpadł? :D Aaaa
Zadaj pytanie – odpowiemy na nie
Koniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sam 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|