|
Serca w naprawie
Olga Woźniak Każdego roku w Polsce przybywa dwa tysiące nowych serc, które wymagają generalnego remontu, zanim w ogóle zaczną bić. Większość napraw się udaje. Czy dla kardiochirurgów dziecięcych istnieją rzeczy niemożliwe?
Pod kołderką okrywającą półtoraroczną dziewczynkę leży serce. Działa. Zrobione z tworzywa- przypominającego przezroczysty plastik, wypełnia się falą krwi. Odchodzące od niego rurki tkwią w klatce piersiowej śpiącego dziecka. W niczym nie przypomina serca z walentynkowych kartek. Wygląda raczej jak... słoik-. – To nie jest całe serce – objaśnia doktor Tomasz Mroczek, który prowadzi mnie przez oddział intensywnej terapii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w krakowskim Prokocimiu. – Tylko jego lewa komora.
Niewydolna, osłabiona lewa komora grozi niedotlenieniem mózgu czy nerek. Dlaczego? Bo spływa do niej z płuc krew bogata w tlen i stąd tłoczona jest do wszystkich narządów ciała. – Bez naszej interwencji naturalne serce dziewczynki nie byłoby w stanie dłużej pracować – mówi doktor Mroczek. – Sztuczne serce pozwoli jej czekać na przeszczep. A może jej własne serce – odciążone – nieco się w tym czasie zregeneruje. Historia Zuzi, bo tak ma na imię dziewczynka z sercem w kształcie słoika, była głośna na całą Polskę. Kardiochirurdzy z Krakowa pierwsi w kraju wykonali podobną operację u tak małego dziecka. Serce na wierzchu Wyjąć serce na zewnątrz to sztuka. Ale sztuką jest też coś wręcz przeciwnego – próba schowania do klatki piersiowej serca, które bije na wierzchu (to tak zwana ektopia serca-). Operacji tej wady podejmują się tylko najlepsi. Na szczęście dzieci z ektopią to niezmiernie- rzadkie przypadki. Statystycznie siedem noworodków na milion. Polscy kardiochirurdzy widzą takiego malucha może raz na rok. Dwa lata temu w Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi profesor Jacek Moll przeprowadził jedną z niewielu na świecie operacji ektopii serca u noworodka tuż po urodzeniu. I choć pierwszy jej etap się powiódł, dziecko zmarło po roku – okazało się, że serce było nieprawidłowo zbudowane i nie udało się go naprawić. Podobne sytuacje zdarzają się coraz rzadziej. Polscy lekarze z sukcesem operują skomplikowane wady serca u dzieci. Kraków, Łódź, Poznań, Warszawa – to ośrodki, w których magicy od serc nie większych niż piłeczka golfowa łatają, fastrygują, rekonstruują – dokonując cudów zręczności. Zimno to życie Operacja trwa już 40 minut, ale teraz czas gwałtownie przyspieszył. – Pompa stop – padła komenda. Maszyna przypominająca... – no właśnie, płucoserce nie jest do niczego podobne – podtrzymuje życie dziecka zakrytego zielonymi serwetami. Szszszsz... – to przez mechaniczne serce i płuca popłynęła partia krwi. Było jej zaskakująco niewiele. Filiżanka? Tyle mieściło się w 19-dniowym chłopcu, który leżał na operacyjnym stole. Na sali jest zimno. Musi być zimno. Bez tlenu ludzki mózg wytrzymuje tylko dwie minuty. Potem obumiera. Co jednak zrobić, gdy trzeba zoperować serce, które nie może w tym czasie bić? Jak ochronić mózg przed brakiem tlenu niesionego przez krew? Trzeba zatrzymać dla niego czas. Albo przynajmniej poważnie go zwolnić. Przez chłód. W zimnie wszystko dzieje się pomału, potrzeba mniej energii. Mniej tlenu. Stąd głowa malucha obłożona lodem. Płucoserce działa teraz jak chłodziarka. Szszszsz... – i krew schładza się o stopień, dwa. Po kwadransie temperatura ciała dziecka spada do 13 stopni. Ciało jest lodowate. Krążenie ustaje. Krew spłynęła do plastikowego woreczka. Z technicznego punktu widzenia chłopiec nie żyje. – Musimy się zmieścić w 50 minutach – mówi szef krakowskiej kardiochirurgii dziecięcej, profesor Janusz Skalski. Rozmowy milkną. Palce chirurgów śmigają. Wycinają, zszywają – robią coś, co przeciętnemu człowiekowi w pierwszej chwili wydaje się niemożliwe: operują dziecko, które przyszło na świat tylko z połową serca. Prawa, wspomnienie lewej HLHS – tak w skrócie nazywa się ta wada (ang. Hypoplastic Left Heart Syndrome). Polega na niewykształceniu prawidłowej lewej komory serca. Kiedy rodzice chorych dzieci słyszą tę diagnozę, zwykle nie mają pojęcia, co to znaczy. Mama czteroletniego Mateusza przyspieszony kurs kardiologii przeszła w 23. tygodniu ciąży. Wtedy lekarz oglądający jej dziecko na USG powiedział: – Nie jestem pewien. Musi się pani skonsultować ze specjalistą. Wizyta (prywatna) u jednego z najlepszych kardiologów prenatalnych potwierdziła brak lewej komory. – Byłam załamana – wspomina kobieta. – Lekarka, która robiła echo serca, mówiła mi, że taką wadę można operować. Że rokowania są dobre, a ja siedziałam jak odrętwiała. Jak to operować? – myślałam wtedy. – W brzuchu? Dopiero kiedy wróciliśmy z mężem do domu, jeszcze raz bardziej spokojnie przeanalizowaliśmy to wszystko. Że konieczna jest operacja w pierwszych dniach po urodzeniu, że wykonuje się ją w takich i takich ośrodkach. Zaczęliśmy też na własną rękę szukać w Internecie. Ze zdumieniem oglądałam strony prowadzone przez rodziców dzieci, które miały taką samą wadę serca jak mój syn. Z ekranu komputera patrzyły na mnie uśmiechnięte buzie dzieciaków, które na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądały na chore. Czytałam ich historie, rozmawiałam z ich mamami i uwierzyłam, że moje dziecko może żyć, biegać, chodzić do przedszkola, szkoły. Prowadzić normalne życie. Rodzice Mateusza zdecydowali, że zoperują chłopca w Centrum Zdrowia Matki Polki. W ostatnich tygodniach ciąży pojechali do Łodzi. Mateusz musiał urodzić się w klinice współpracującej z kardiochirurgią. – Chodzi o to, by dziecku podać szybko leki – wytłumaczy mi potem doktor Mroczek. – I o to, że bezpieczniej jest przewozić ciężarną kobietę niż chorego noworodka. Dzieci, u których wadę serca wykryto w łonie matki, wygrywają los na loterii. Można je przygotować do operacji, zanim się urodzą. A inne? – Umierają – mówi profesor Janusz Skalski. – Dziecko z wrodzoną wadą serca po urodzeniu nie wygląda na chore. Jest zwykle donoszone, różowe. Dostaje 10 punktów w skali Apgar. Problemy zaczynają się dwie–trzy doby później. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.04.02 19:50
"Lekarka, która robiła echo serca, mówiła... Że rokowania są dobre" i jak to sie ma do rzetelnej informacji? realista
2010.03.25 08:08
Mój synek ma HLHS,w maju skończy 2 latka,rozwija sie wspaniale,zapraszam na bloga poświęconego Oskarkowi,gdzie opisuję naszą historię od samego początku: www.serceoskarka.blog.onet.pl AsiaA
2010.03.14 21:38
Bardzo ładny artykuł. A jeśli chodzi o rzetelną informację medyczną, to brakuje statystyk kardiologicznych-że śmiertelnośc dzieci z HLHS do 10 roku życia wynosi 80%!!! pip
2010.03.14 21:35
Mój synek obiecnie ma 13 miesięcy i urodził się z HLHS. Przeszedł już 2 etapy leczenia, operowany był przez wspaniały zespół prof. Skalskiego w Krakowie-Prokocimiu. Żyje, rozwija się,... Zadaj pytanie – odpowiemy na nie
Koniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sam 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|