Strona główna > Cywilizacja > Nauka > Relikwie nauki
3.03.2010
Relikwie nauki

Irena Cieślińska

We toruńskiej katedrze odbyła się adoracja odnalezionych szczątków Mikołaja Kopernika. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zaczyna to przypominać rodzaj religijnego kultu

Powiększ zdjęcie

fot. East News
Nauka i religia. Często przeciwstawiane sobie, a jednak wiele je łączy. Hierarchiczna struktura. Czerpanie z tradycji. Prawdy, które nierzadko musimy przyjmować na wiarę (weźmy choćby taką zasadę nieoznaczoności Heisenberga...). Obie mają swoich heretyków i swoje ewangelie. Męczennicy? Całkiem spory wybór. Do tego rytuały, szacunek dla wielkich mężów, którzy wznosili kolejne piętra gmachu współczesnej wiedzy, a w końcu relikwie, czyli czcigodne resztki.

Włos Kopernika
W ostatni piątek w toruńskiej katedrze Świętych Janów panowal spory tłok. W rocznicę 537. urodzin Mikołaja Kopernika wystawiono tu sarkofag ze szczątkami astronoma. Tłum ludzi chciał oddać mu cześć.  22 maja we Fromborku ma się odbyć ponowny pochówek kości  uczonego. Warto zarezerwować czas w kalendarzu pielgrzymek, by osobiście doświadczyć kontaktu  z polską (OK, nie będziemy się tu wdawać w spory o obywatelstwo uczonego) naukową relikwią. Zwłaszcza że historia odkrycia szczątków Kopernika mogłaby trafić na łamy powieści Dana Browna. Grobu astronoma szukano od lat. Pochowano go bez rozgłosu jako skromnego kanonika, nie zachowały się żadne wzmianki o dokładnym miejscu pochówku. Ze śledztwa w archiwach olsztyńskiego historyka doktora Jerzego Sikorskiego wynikało, że należy szukać pod jednym z bocznych ołtarzy katedry fromborskiej, przy ołtarzu Świętego Krzyża – tym, którym Kopernik opiekował się za życia jako kanonik. Archeolodzy znaleźli tam 16 grobów. W dwóch trumnach leżały kości starców, co zawęziło krąg poszukiwań, bo wiadomo, że wielki mąż dożył 70 lat. Ale wciąż nie było pewności.

Nie udało się znaleźć żyjących współcześnie krewnych astronoma, by porównać DNA. Tajemnica nie zostałaby rozwikłana, gdyby nie Goran Henriksson, profesor astronomii z Uppsali. W zbiorach tamtejszej biblioteki znajduje się księga Johannesa Stofflera, która niegdyś przez 25 lat należała do Kopernika. Profesor Henriksson wymyślił, żeby właśnie między stronami tej księgi, którą astronom zapewne często kartkował, szukać jakichś materialnych śladów po nim, choćby kawałka włosa. I znalazł! Podobno już przy pierwszym otwarciu książki w przypadkowym miejscu. Włos z księgi Kopernika zawierał takie samo DNA jak kości znalezione we Fromborku.

Mózg geniusza
Ludzka słabość do szczątków naukowców nie jest typowo polską specjalnością. Te nekrofilne ciągoty starał się uprzedzić sam Albert Einstein, pisząc zdecydowanym tonem: „Moje ciało ma zostać spalone, żeby ludzie nie czcili moich kości”. Udało się? Prawie. Uczony zmarł z powodu pęknięcia tętniaka aorty brzusznej 18 kwietnia 1955 roku. Jego kości (i resztę ciała) spalono. Jednak mózg został wyjęty, zważony, zmierzony i zakonserwowany przez Thomasa Harveya, patologa pracującego w szpitalu Uniwersytetu Princeton. Po czym ten cenny organ... zniknął na blisko ćwierć wieku. Dopiero w 1978 roku redaktor naczelny magazynu „New Jersey Monthly” z Princeton zainteresował się tym, co się stało z mózgiem, w którym narodziły się najważniejsze idee fizyki XX wieku. Jeden z dziennikarzy – Steven Levy – ruszył na poszukiwania. Trop prowadził do osoby, która widziała mózg po raz ostatni, czyli patologa Harveya. Levy znalazł go w Wichita w stanie Kansas. Jak wspomina dziennikarz, początkowo Harvey nie chciał nic powiedzieć, ale stale nagabywany sięgnął do szafy i... wyjął tekturowe pudło, w którym były słoje z formaliną. W jednym pływał móżdżek oraz kilka naczyń krwionośnych. W drugim – kawałki kory mózgowej. Okazało się, że patolog nie mógł rozstać się z mózgiem uczonego od chwili, kiedy ten znalazł się w jego rękach. Trzymał go zawsze w pobliżu, zabierał we wszystkie podróże.

Kiedy sprawa stała się głośna, do Harveya zgłosiło się wielu specjalistów, prosząc o umożliwienie zbadania mózgu. Najczęściej odmawiał. Odrzucał też propozycje muzeów, milionerów, którzy chcieli zapłacić fortunę za tę relikwię, a także rabinów chcących pochować ostatnie szczątki Einsteina, by jego dusza spoczęła w spokoju.

W latach 90. zeszłego wieku wyszło na jaw, że oprócz mózgu po śmierci została wypożyczona jeszcze jedna część ciała Einsteina. Jego okulista Henry Abrams podczas sekcji zwłok za pomocą „nożyczek i szczypiec” własnoręcznie wyciął oczy i potem przez dziesiątki lat przechowywał je w depozycie bankowym. – Właściwie nigdy nie zastanawiałem się po co – wspominał. Podobno opowiadał, że „oczy Einsteina były anielskie”, a kiedy się w nie patrzy, to „jakby wnikało się w największe piękno i tajemnicę tego świata”. Syn lekarza twierdził, że jedynym motywem, którym kierował się ojciec, było pragnienie oddania czci geniuszowi...
{CMS_PAGE_BREAK]
Co pokazuje środkowy palec Galileusza?
Einstein to prawdziwy wielki naukowy prorok. W jego pismach można znaleźć niejedno autodafe („Gdybym musiał znaleźć w sobie coś, co miałoby aspekt religijny, to byłaby to bezgraniczna fascynacja strukturą świata, jaką ukazuje nam nauka”). Kogo zatem umieścilibyście obok niego na ołtarzu nauki? Mam kandydata, pasuje idealnie – nie dość, że wspaniały umysł, pionier współczesnej wiedzy, to do tego męczennik. Oto Galileusz. Relikwie są? Jak najbardziej.

We florenckim Museo di Storia della Scienza w kielichu na alabastrowej stopie przechowywany jest środkowy palec prawej ręki uczonego. Wysuszony, lecz nieźle zakonserwowany – wskazuje gdzieś w górę. Jak głosi napis na kielichu, „wytyczał szlaki na nieboskłonie i wskazywał śmiertelnym ciała niebieskie, przedtem niewidziane”. Trzeba zaznaczyć, że jest to palec autentyczny – w przeciwieństwie do palca Ducha Świętego wytyczającego drogę wierze, a który niegdyś za opłatą pokazywano w pewnym franciszkańskim klasztorze.
Zbiór relikwii związanych z Galileuszem ostatnio znacznie się powiększył. Pod koniec listopada pracownicy florenckiego muzeum poinformowali, że odnalazł się ząb i dwa inne palce, które blisko sto lat temu zaginęły w tajemniczych okolicznościach wraz z wazą, w której się znajdowały. Zwrócił je muzeum anonimowy kolekcjoner, a ekspertyzy wykazały, że członki uczonego są prawdziwe. Rozparcelowano je i zakonserwowano blisko sto lat po jego śmierci, kiedy Kościół wreszcie zgodził się, by ciało Galileusza – prześladowanego za życia przez inkwizycję – spoczęło w poświęconej ziemi. Podczas przenosin fragmenty zachowano dla potomnych.

Drzewo Newtona
Jednak relikwie nie muszą być wcale biologiczną resztką świętego. A pieluszki Jezusa? Fragmenty ramy okna, w którym archanioł miał zwiastować Maryi, sianko ze żłóbka czy drzazgi z krzyża? Nauka nie pozostaje gorsza. Ma spory zapas i takich artefaktów, które z braku laku świetnie posłużą jej wiernym. Co więcej, tym naukowym szczątkom nieobca jest jedna ze znanych cech ich religijnych odpowiedników – podatność na cudowne rozmnożenie. W chrześcijańskim świecie rekordzistą był święty Jerzy, którego kompletne szczątki znajdują się w 30 kościołach, równie popularny był święty Julian (doliczono się jego 20 ciał i 26 głów). Z remanentu dokonanego w 1949 roku we włoskich kościołach wynikało, że wierni oddają cześć 18 rękom świętego Jakuba, 11 dłoniom świętej Teresy, 6 piersiom świętej Agaty, 20 szczękom i 60 palcom świętego Jana Chrzciciela. Ba, nawet nasz święty Wojciech uległ podwojeniu – jego ciało znajduje się zarówno w Gnieźnie, jak i w Pradze.

Podobna historia dotyczy słynnej jabłoni Isaaca Newtona. Jeśli kiedykolwiek odwiedzicie Cambridge w Wielkiej Brytanii i popłyniecie rzeką Cam, która biegnie na tyłach uniwersyteckich college’ów, możliwe, że wasz przewodnik pokaże wam jedną z rosnących tam jabłoni i powie, że właśnie z niej na głowę Newtona spadło jabłko, które zainspirowało go do odkrycia prawa grawitacji.

Czy będzie to ta sama jabłoń, pod którą Newton siedział przed 300 laty? W ogóle nie jest pewne, czy taka jabłoń istniała. Prawdopodobnie po raz pierwszy anegdota o jabłku i grawitacji pojawiła się w biograficznej książce „Życie Newtona”, którą w 1752 roku wydał William Stukley, brytyjski archeolog, mason i dżentelmen, a także przyjaciel Newtona. Opisuje on, że kiedyś po obiedzie wybrał się z Newtonem na spacer do ogrodu, gdzie pili herbatę, siedząc w cieniu jabłoni. Wielki uczony miał wyznać Stukleyowi, że w podobnych okolicznościach zaczął się zastanawiać, dlaczego jabłko zawsze spada prosto w dół, a nie leci w górę lub gdzieś w bok. I wtedy też miała mu przyjść do głowy idea grawitacji.

Jabłoń w przypowieści o Newtonie przypomina więc drabinę z drzewa, która przyśniła się świętemu Jakubowi. Ale szczeble z drabiny Jakubowej sprzedawały się świetnie, nic więc nie stoi na przeszkodzie, by drzewko z eksperymentu myślowego sir Isaaca znalazło ucieleśnienie w uczelnianych ogrodach.

Pytanie, czy ci naukowcy będą mogli od owych drzewek oczekiwać cudów. To chyba kłopot, bo naukowe relikwie działają raczej marnie. Przynajmniej moje. Od lat trzymam między długopisami na biurku zgrabny fragment plecionki z nadprzewodnika – pamiątkę po pielgrzymce do CERN-u. Niestety, nie dopomógł mi (mimo pokładanych w nim nadziei) w naukowej karierze. Chociaż… już naszyjnik z symbolem serotoniny nazywanej hormonem szczęścia nieodmiennie poprawia mi samopoczucie...   

Irena Cieślińska
„Przekrój” 08/2010

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Autorka niestety słabiutko zna sprawę Kopernika. Zagadki żądnej wielkiej nie było gdyż przy jednym ze starców było imię i nazwisko wraz z datą śmierci. Drugiego jako kopernika...

Wszystkie