|
Stan wyjątkowy, czyli lód
Wojciech Mikołuszko Zapewne z powodu takiej niezwykłości lodu propozycję Dobrowolskiego, by traktować tę substancję po prostu jak skałę, początkowo przyjmowano niechętnie. Szczególnie zadziwiająca zmienność lodu prowokowała do traktowania go jako czegoś zupełnie innego. Czego? – My dostrzegamy w nim dynamiczną, żyjącą całość – mówi profesor MacAyeal w filmie Wernera Herzoga „Spotkania na krańcach świata”. Uczony zajmuje się badaniem gór lodowych, które odrywają się od Antarktydy-. Nazywa je „włóczęgami po oceanie”. Najmniejsze spośród nich, jakie pokazuje na ekranie swojego komputera, są wielkości Sycylii. Większe dorównują Wielkiej Brytanii. Nad wodą wznosi się wówczas 45-metrowy pionowy biały brzeg, klif, który zagłębia się pod powierzchnię oceanu na dodatkowe 300 metrów. – Góra jest tak wielka, że lecąc nad nią, wciąż ma się wrażenie, że jest się pod nią – opowiada MacAyeal. – Mieści w sobie tyle wody, że przez 75 lat mogłaby zapełniać bez przerwy Nil. Również lądolód, który daje początek antarktycznym górom lodowym, sprawia swoim badaczom niespodzianki. Amerykanie mawiają, że płynie. Z satelitów zaobserwowano zaś, że jego powierzchnia porusza się w górę i w dół, jak przy oddychaniu. Bliższe obserwacje pozwoliły na wykrycie mechanizmu, który za to odpowiada: to sieć podlodowcowych jezior. Co pewien czas przepełniają się i wylewają. W tych miejscach lądolód przyśpiesza. – To działa jak wtryskiwanie smaru. Woda naoliwia wówczas podstawę lodowca – mówił tygodnikowi „New Scientist” Andy Smith, glacjolog z Brytyjskiego Centrum Badań Antarktycznych. A skąd się bierze woda pod lodem? I to na najzimniejszym kontynencie świata? – Temperatura na dnie jest zbliżona do punktu topnienia lodu – wyjaśnia badacz. – Podnosi ją energia geotermalna oraz energia tarcia lodowca. Lód powoli topnieje, a woda zbiera się w zagłębieniach. Gdy się przelewa, zmniejsza tarcie i umożliwia szybsze poruszanie się lodowca. Tak jak smar. W lodowcach górskich i pod nimi płyną prawdziwe strumienie. To ich szum słyszą alpiniści, którzy na nich stawiają namioty (jak Paweł Garwoliński). Od czasu do czasu sunący lód pęka, tworząc gigantyczne szczeliny. Potrafi też zasypać lawiną śniegu nieostrożnych podróżników. Doktor Wojciech Dobiński, zmarzlinoznawca z Uniwersytetu Śląskiego, o lodowcach górskich mówi z fascynacją. – Niektóre z nich ewoluują w dosyć szczególny sposób: na skutek intensywnego topnienia pokrywają się niesionym w środku materiałem; niejako zakopują się same. Nazywane są wówczas lodowcami gruzowymi – opowiada. – Jednak lód podziemny zwykło się nazywać „wieczną zmarzliną”. Przy czym, ponieważ tak naprawdę nie jest ona wieczna, ostatnio częściej określa się ją terminem „wieloletnia”. A przyjęta definicja mówi, że jest to grunt lub skała przemarznięta przez co najmniej dwa lata. Zimny jak lawa Po krótkim stażu w Alpach doktor Dobiński rozpoczął prace w Tatrach. Nowe metody badawcze pozwoliły mu odkryć tutaj, w polskich górach, prawdziwą wieloletnią zmarzlinę. Żeby jednak porządnie zrozumieć, czym różni się jej lód od lodu lodowcowego, musiał przemyśleć samą definicję tej substancji. I doszedł do wniosku, że jedynym poprawnym rozwiązaniem jest to, które zaproponował 85 lat temu Antoni Bolesław Dobrowolski! – Inaczej rozumienie lodu się rozmywa – wyjaśnia swoje podejście. – Nie można wówczas mówić, że lodowce płyną. Przecież one nie są cieczą. Owszem, poruszają się, ale ich ruch oparty jest na lepkości i plastyczności. Dzięki traktowaniu lodu jak zwykłej skały mogą, zdaniem doktora Dobińskiego, porozumieć się naukowcy z najróżniejszych dyscyplin: meteorolodzy, geolodzy, hydrolodzy czy glacjolodzy. Ale podejście to ma zdumiewające konsekwencje. Każdy rodzaj lodu można bowiem zakwalifikować jako konkretny typ skały. Opad śniegu w tym rozumieniu to proces osadzania się nowej skały. Śnieg leżący pod nogami to już skała sedymentacyjna, czyli taka sama jak piasek, żwir czy wapień. Lodowce, które powstają z ubicia i przeobrażenia śniegu, trafiają wraz z marmurem czy kwarcytem do szufladki z napisem „skały metamorficzne”. Sunący lodowiec zaś to „zastygająca i topiąca się lawa”. Czystej wodzie pozostaje zostać... magmą. – Owszem, trochę to niezwykłe, ale jakże logiczne! – komentuje doktor Dobiński. Już jego mentor, profesor Dobrowolski, zgadzał się na rozszerzenie pojęcia magmy tak, „by w niem zmieścić się mogła także ciecz wodna w naturze występująca. Nie widzę trudności, któreby się takiej umowie poważnie przeciwstawiały”. Gdy jednak zwracam doktorowi Dobińskiemu uwagę, że temperatura zwyk-łej lawy czy magmy różni się wyraźnie od temperatury wody, a tym bardziej sunącego lodowca, nie przejmuje się zbytnio. – Proszę pana – mówi z przekonaniem – jest to różnica raptem 500–600 stopni. Z punktu widzenia nauk o Ziemi to naprawdę niewiele. I niech mi ktoś teraz powie, że lód to COŚ zwyczajnego. Wojciech Mikołuszko „Przekrój” 48/2008 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.11.30 23:13
Cudowne zdjęcia!! To drugie zapiera dech w zmrożonych piersiach, aż się wyrywa, żeby zobaczyć ten nieziemski krajobraz w rzeczywistości. Natura czyni cuda!!!!! a może ufoludki?? Cherry Lady
Zadaj pytanie – odpowiemy na nie
Koniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sam 30.08.2010Więcej rysunków Marka Raczkowskiego tylko w „Przekroju”, numer 35/2010, na rynku od wtorku, 31 sierpnia 2010Marek Raczkowski Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|