|
Kichać – jak to łatwo powiedzieć
Wojciech Mikołuszko Nowoczesna medycyna wciąż nie może pokonać najpospolitszej choroby świata: przeziębienia. Mimo to parę tajemnic udało jej się wydrzeć. A przy okazji przywrócono honor poglądom naszych babć
Tak, tak, wychłodzenie może sprzyjać przeziębieniom. Wyjaśniam to już w pierwszym zdaniu, bo o to właśnie pytano mnie najczęściej podczas pracy nad tym artykułem. A jeszcze w 2002 roku szacowny „The New Yorker” pisał: „Wyobrażenie, że chłód zwiększa ryzyko złapania przeziębienia, jest starodawne i niemal uniwersalne. A jednak nauka nie znalazła żadnego dowodu na jego poparcie. (...) Eksperymenty wykazały, że wychłodzenie nie ma wpływu ani na prawdopodobieństwo złapania przeziębienia, ani na ostrość jego przebiegu”. Badacze byli do bólu dumni z obalenia tego przesądu. W pracach naukowych pogląd „zimno wywołuje przeziębienie” nazywali z pogardą „folklorem”.
Jednakże w tym samym 2002 roku znalazł się odszczepieniec, który postanowił przywrócić honor mitom. Nazywał się Ronald Eccles i pracował w Centrum Przeziębień Uniwersytetu Cardiff w Wielkiej Brytanii. Opublikował pracę, w której dowodził, że jednak istnieje mechanizm łączący wyziębienie z przeziębieniem. Jego zdaniem pod wpływem wychłodzenia zwężają się naczynia krwionośne w nosie oraz górnych drogach oddechowych. Tak organizm chroni się przed ucieczką ciepła i w konsekwencji – zamarznięciem. Ale nie ma nic za darmo. Kosztem jest mniejsza liczba komórek odpornościowych docierających do nosa i gardła. A jeśli akurat znajdują się tam jakieś wirusy, zaczynają harcować bez umiaru. W efekcie – jak pisze Eccles – następuje „przemiana bezobjawowej infekcji wirusowej (infekcji subklinicznej) w objawową infekcję wirusową (infekcję kliniczną)”. A po ludzku: rozwija się przeziębienie. Podróże na kropelkach śluzu W kolejnych latach Eccles zatrudnił swoich studentów do weryfikacji tej teorii. 90 z nich regularnie oziębiał nogi, a 90 – nie. Od 4 do 5 dni później w tej pierwszej grupie 13 osób się przeziębiło, w drugiej – tylko 5. Wyniki ogłoszone w 2005 roku po raz pierwszy jasno udowodniły, że „starodawne i niemal uniwersalne wyobrażenie” było słuszne. A raczej prawie słuszne. Samo zimno to za mało. Żeby rozwinęło się przeziębienie, muszą pojawić się jakieś zarazki. Jakie? No właśnie. Tutaj o odpowiedź jeszcze trudniej. To, co nazywamy przeziębieniem, rozpoznajemy głównie po objawach. – Ja zresztą wolę używać określenia „zakażenia górnych dróg oddechowych” – mówi „Przekrojowi” profesor Ewa Bernatowska z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. – Mogą one być wywoływane przez bakterie bądź grzyby. Jednak w 80 procentach zakażeń u dzieci winne są wirusy. I to jak różnorodne! Zalicza się je do kilkunastu grup i ponad 200 gatunków. Co gorsza, wciąż odkrywa się nowe. Wspólną cechą tej masy zarazków jest wyłącznie to, że podbój organizmu zaczynają od nosa lub gardła. Jeśli uda im się przełamać pierwszą linię obrony, wywołują alarm w ciele. Na miejsce wypadku wysyłane są nowe oddziały komórek odpornościowych. Miejsce czerwienieje i puchnie (od coraz większej ilości krwi) oraz zaczyna swędzieć, piec, w końcu boleć (z powodu drażnienia nerwów czuciowych). Komórki odpornościowe wysyłają sygnały w postaci białek z grupy cytokin. W ten sposób ściągają kolejne grupy obrońców. A przy okazji wywołują bóle głowy, uczucie zmęczenia, utratę apetytu, senność i obniżenie nastroju. W nosie robi się coraz bardziej mokro. Najpierw z powodu płynnej części krwi, która przesiąka przez rozszerzone naczynia krwionośne. Wkrótce dołącza się do niej śluz produkowany przez gruczoły. Jego zadaniem jest wymycie z nosa zarazków. Stopniowo przybiera on charakterystyczny zielony kolor. I nie jest to – jak się czasem przyjmuje – objaw infekcji bakteryjnej, lecz obecności mnóstwa komórek odpornościowych, które niosą ze sobą żelazo. Potem pojawiają się kłopoty z oddychaniem. Zwykle jednak winą nie należy obarczać zapchania się dziurek w nosie śluzem, lecz puchnięcie wywoływane rozszerzaniem się naczyń krwionośnych. Stan zapalny rozpełza się na zatoki oraz kanaliki łzowe. Stąd rozszerzanie się bólu oraz łzy. Jeśli zapalenie dotrze do głębszych partii gardła, wywołuje kaszel. Taki sam jak wtedy, gdy organizm próbuje się pozbyć kurzu. W tym wypadku nie ma on takich celów. Do czasu, gdy i tam, głęboko, pojawi się śluz. Śluz, który generalnie ma nam pomagać w pozbyciu się niechcianych gości, jest przez nich perfidnie wykorzystywany. Wraz z jego kropelkami rozprowadzanymi przez chorych podczas kichania czy kasłania wirusy i bakterie przedostają się na kolejnych gospodarzy. W jednym z eksperymentów oznakowano wydzielinę z nosa dorosłych osób związkiem fluorescencyjnym. Potem pozwolono im na normalną, codzienną aktywność. I badacze ze zdumieniem obserwowali, jak barwnik pojawiał się w całym pomieszczeniu i na wszystkich osobach, które w nim się znajdowały. wpisz swój komentarzZadaj pytanie – odpowiemy na nie
Koniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sampolecamy numer 06/2010
|
|