Strona główna > Cywilizacja > Nauka > Nie ma niczego
15.09.2008
Nie ma niczego

Piotr Stanisławski

O prawdziwej samotności, miejscu, gdzie nie ma zupełnie niczego, możemy dziś tylko pomarzyć. zawsze jest coś, co sprawia. źe niczego - nie ma

Powiększ zdjęcie

fot. SPL/East News
Dziś nie ma już niczego. Wszędzie jest coś – raz mniej, raz więcej, ale zawsze coś. Ostatnie prawdziwe nic było 13,7 miliarda lat temu, gdy całe coś, czyli wszystko, znajdowało się w jednym jedynym punkcie (tak przynajmniej sądzi wciąż większość kosmologów). Naturalne wydaje się pytanie, co było wokół tego punktu. Odpowiedź jest równie oczywista, jak niepojęta – nic. Prawdziwe nic – nie próżnia albo ciemność, bo czasoprzestrzeń też była zwinięta w jeden punkt.
Nie warto nawet udawać, że się to rozumie, ponieważ nasze umysły wyewoluowały w obecności czegoś i nie mają zdolności pojmowania innego stanu.

Samochodem do nieba
Może więc, zamiast bawić się w słowne gierki, zajmiemy się czymś konkretnym: oswojonym i wyobrażalnym niczym, czyli próżnią. Wbrew pozorom próżnie są różne – niemal próżne i całkiem zatłoczone. Zacznijmy od tej, która jest najbliżej nas, czyli dookoła statków kosmicznych latających wokół Ziemi. To całkiem niedaleko. Jak powiedział brytyjski astronom Fred Hoyle: „Kosmos jest tylko dwie godziny jazdy samochodem stąd. Pod warunkiem że twój samochód potrafi jeździć pionowo do góry”. Właśnie 350 kilometrów nad nami (Hoyle przywykł do korzystania z autostrad) krąży Międzynarodowa Stacja Kosmiczna. Unosi się, technicznie rzecz biorąc, ponad atmosferą Ziemi, więc mówi się, że wokół niej panuje próżnia. To oczywiście pewna umowa. Gdybyśmy wybrali się samochodem na wycieczkę do końca Wszechświata, to przez te dwie pierwsze Hoyle’owskie godziny podróży minęlibyśmy więcej atomów niż przez całą resztę długiej drogi.
Nic otaczające stację jest na tyle puste, by w przypadku przedziurawienia jej ściany w ciągu kilku minut wyssać całe powietrze ze środka i zagotować krew w żyłach astronautów. Z drugiej jednak strony to znacznie bardziej coś niż to nic, które jesteśmy w stanie osiągnąć w laboratoriach, starannie wypompowując z jakiejś przestrzeni całą materię.

Sąsiad z Uljanowska
By coś i nic przybrało bardziej realne wymiary, przyjmijmy pewną miarę. Niech to będzie średnia odległość dzieląca jeden atom od drugiego. Im bardziej gdzieś jest nic, tym bardziej jest pusto, więc odległości są większe. Nie będziemy zawracali sobie głowy tak konkretnym czymś jak choćby cegła. Zacznijmy od rozsądnego poziomu rozproszenia – od powietrza na poziomie morza. Gdy na nie patrzymy, nie widzimy nic, choć atomy znajdują się ledwie milionowe części milimetra od siebie. To tak, jakby ludzie stali 10–15 metrów od siebie.
Wokół Międzynarodowej Stacji Kosmicznej atmosfera jest już znacznie luźniejsza, atomy mają do siebie około jednej setnej milimetra. Przeliczając to na ludzką miarę, najbliższego sąsiada mielibyśmy jakieś 200 kilometrów od nas. Całkiem miła perspektywa.
Jednak taka próżnia to żadna próżnia. Już lepszą robimy sami. Najlepsze pompy (próżniowe) na świecie potrafią wyssać tak dużo materii, że odległości między atomami sięgają dziesiątych części milimetra. To już coś – najbliżsi nam sąsiedzi staliby gdzieś w Uljanowsku, Tunisie i Cork (daleka Irlandia).
Mamy jednak pewną sztuczkę, która pozwala jeszcze bardziej oddalić się od czegoś w stronę niczego. Sztuczka ta nazywa się Wake Shield Facility i jest mierzącym niespełna cztery metry, lekko wypukłym talerzem ze stali nierdzewnej. Ów talerz wyniesiony na orbitę okołoziemską i wypuszczony swobodnie z promu kosmicznego pędzi przez przestrzeń z prędkością około 28 000 kilometrów na godzinę, tak szybko jak reszta orbitujących na tej wysokości satelitów Ziemi. Ponieważ talerz leci wypukłą stroną do przodu, rozrzuca na boki i tak dość rzadkie atomy, a jego prędkość sprawia, że nie nadążają one wrócić na miejsce. Dzięki temu po wklęsłej stronie talerza, w samym jego środku znajduje się naprawdę mało czegokolwiek – tak mało, że poszczególne cząstki dzieli gigantyczna odległość rzędu jednego milimetra. Czyli najbliższy (i jedyny oprócz nas na Ziemi) człowiek znudzony brakiem towarzystwa siedzi na tratwie gdzieś w jednej trzeciej drogi między Nową Zelandią a Ziemią Ognistą.
Cały ten patent ze stalowym talerzem nie służył jedynie biciu rekordów niczego. Podczas doświadczeń NASA testowała tam metody hodowli superczystych kryształów i półprzewodników o niemożliwych do uzyskania na Ziemi właściwościach.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2008.09.16 13:37

Panie Piotrze gratuluje artykułu. Bardzo przystepny, pouczający i odprezajacy materiał. Tomek

Wszystkie