|
Kultura ogłusza
Bartek Chaciński A lekarze ostrzegają, że w pokoleniu mp3 aparat słuchowy może stać się tak powszechny jak okulary. Gdyby szum lub dzwonienie nie ustąpiły w ciągu 48 godzin, powinienem iść z tym do lekarza. Mogłoby to oznaczać trwałe uszkodzenie słuchu. Pocieszające jest to, że Moby też na to cierpiał, gdy wrócił z punkrockowego koncertu – tyle że on od tej pory zawsze ma przy sobie zatyczki. Chris Martin z grupy Coldplay też się zabezpiecza. I James Hetfield z Metalliki. Muzycy wkraczają do akcji i chcą chronić pokolenie odtwarzaczy mp3. Triumfalny powrót rockowej grupy The Who to jedno z kulturalnych wydarzeń 2006 roku. Ale problemy ich 57-letniego gitarzysty Pete’a Townshenda ze słuchem to już regularny temat doniesień prasowych ostatnich tygodni. Otóż legendarny gitarzysta, niegdyś regularnie rozwalający swój instrument w finale koncertu, przyznaje dziś, że przyczynił się do popularności gatunku, który doprowadził wiele osób do głuchoty. – Dzwoni mi w uszach – mówi muzyk, który w czasie nagrywania nowej płyty musiał robić sobie 36-godzinne przerwy na regenerację słuchu. – To głośne dzwonienie. Winne są przede wszystkim słuchawki, których używałem w studiu nagraniowym. Czy szum i dzwonienie w uszach (opisywane przez medycynę terminem tinnitus) stały się już chorobą cywilizacyjną ludzi słuchających muzyki i chodzących do kina? I czy wzrost cywilizacyjnego hałasu jest tak nieodwracalny jak sama utrata słuchu? Specjaliści tym razem nie tyle biją, ile raczej szepczą na alarm. To jest hałas 30 lat temu The Who zapisali się w Księdze rekordów Guinnessa jako najgłośniejsza grupa rockowa, kiedy zmierzono poziom hałasu na ich koncercie. Od tamtej pory wielu wykonawców z całą pewnością grało głośniej, ale pomiar natężenia hałasu na takich imprezach to niecodzienna praktyka. Za zwyczajowe natężenie dźwięku na koncercie przyjmuje się wartość The Who – 120 decybeli. I ostrzega się na biletach przed możliwym uszkodzeniem słuchu, bo bezpiecznie możemy obcować z takim dźwiękiem przez godzinę (jeśli mamy w uszach zatyczki) albo dwie minuty (bez zabezpieczeń). W latach 70. wszystko jednak wyglądało nieco inaczej. Do legendy przeszedł Keith Moon, niesforny perkusista tej samej grupy The Who. Siedział pewnego dnia w hallu amerykańskiego hotelu i słuchał przenośnego magnetofonu kasetowego rozkręconego na cały regulator. Leciała muzyka The Who. Po pewnym czasie, gdy ludzie z hallu się rozeszli, a magnetofon wciąż grał równie głośno, obsługa poprosiła Keitha, żeby trochę przykręcił ten hałas, ale on ani myślał. W końcu menedżer hotelu zagroził, że jeśli hałas się nie skończy, sprowadzi policję. Wtedy Moon wstał i zapytał, czy tamten odprowadzi go do pokoju. Pojechali na dziewiąte piętro. Moon przeprosił na chwilkę, zniknął za drzwiami, po czym z pokoju rozległ się dźwięk wybuchu (perkusista The Who woził materiały wybuchowe, które wykorzystywał w czasie koncertów). Po czym w kłębach dymu Moon wyszedł, mówiąc: – To jest hałas, mój drogi. A tamto to była muzyka. Z punktu widzenia lat 70. Keith Moon, dziś już nieżyjący symbol rockandrollowego trybu życia, może i miał rację. Z punktu widzenia XXI wieku był osobą skrajnie nieodpowiedzialną. To między innymi on doprowadził do głuchoty Townshenda, wysadzając w powietrze (!) w czasie koncertu swój zestaw perkusyjny tuż nad uchem kolegi. Pilnie strzeżona tajemnica „To jeden z najpilniej skrywanych brudnych sekretów przemysłu muzycznego” – napisał „Rolling Stone” o chorobach słuchu. Bo dlaczego George Martin, słynny producent zwany „piątym Beatlesem”, zakończył karierę muzyczną? W wyniku utraty słuchu. Dlaczego wokalista i perkusista Phil Collins nie gra regularnie koncertów? Bo mogłoby to tylko pogorszyć jego stan, odkąd zaczął głuchnąć na lewe ucho. Uszkodzenia słuchu mają bowiem to do siebie, że są nieodwracalne. Problemy ze słuchem mają też Neil Young, Paul McCartney i Sting, u nas przyznał się do nich Maciej Miecznikowski z grupy Leszcze. Rzecz dotyczy zresztą nie tylko muzyki rozrywkowej – na tinnitus cierpiał Beethoven, a co trzeci muzyk grający w orkiestrach symfonicznych ma poważne kłopoty. Zmieniło się jednak podejście do problemu. – Używam takich samych zatyczek jak Radiohead. Uszy mam w porządku, gorzej z wątrobą – chwali się Jon Harper z rockowej grupy Cooper Temple Clause. Jest jednym z uczestników akcji, którą w ubiegłym roku rozpoczęto w Wielkiej Brytanii. Popierają ją także didżeje i inne gwiazdy rocka – w tym wspomniani Moby i Phil Collins. Solidaryzują się z nimi radiowcy – kolejna grupa wysokiego ryzyka. Rzecz odbywa się pod auspicjami tamtejszego Royal National Institute for Deaf People (RNID). Hasło akcji? „Don’t Lose The Music”, czyli „Nie utrać muzyki”. Z kolei w USA do muzyków i słuchaczy apeluje organizacja HEAR (Hearing Education and Awareness for Musicians), którą Pete Townshend wsparł ostatnio datkiem 10 tysięcy dolarów. Pierwotny cel HEAR to pomoc osobom najbardziej dotkniętym uszkodzeniami słuchu, czyli muzykom i fanom hałaśliwej muzyki rockowej, którzy w wieku dojrzałym okazują się inwalidami. Cztery lata temu organizatorzy koncertu Oasis w Niemczech musieli wypłacić odszkodowania kilku fanom, którzy wylądowali w szpitalu z bólem uszu, ale takie sytuacje zdarzają się rzadko. Dlaczego? – Wywołana hałasem utrata słuchu pogłębia się tak powoli i jest tak zdradliwa, że gdy możemy ją zauważyć, z reguły jest już za późno – mówi „Rolling Stone” audiolog Brian Fligor. Ale może być jeszcze gorzej. Kanadyjscy specjaliści z Musicians’ Clinic of Canada obliczają natomiast, że w ciągu ostatnich 20 lat co dekadę podwajał się hałas w naszym otoczeniu. A wszyscy, łącznie z polskimi specjalistami, zgodnie przewidują, że w czasach przenośnych odtwarzaczy mp3 problem może się tylko wzmagać. Ponad poziom dźwięku W Stanach Zjednoczonych mamy już pierwszy proces. Mieszkaniec Kalifornii pozwał firmę Apple, producenta iPoda – oskarża ją o brak stosownych ogłoszeń mówiących o szkodliwości jej urządzenia dla słuchu. Według pozwu iPod może wytwarzać hałas o natężeniu nawet 115 decybeli, a codzienny kontakt z takim natężeniem dźwięku może doprowadzić do utraty słuchu. W rzeczywistości 42 miliony iPodów sprzedane na całym świecie podlegają oczywiście pewnym regulacjom technicznym. iPod w wersji europejskiej ma ogranicznik poziomu emitowanego dźwięku na poziomie 100 decybeli (co odpowiada hałasowi młota pneumatycznego z odległości pięciu metrów). Model amerykański jest bardziej liberalny – ma blokadę na 104,5 decybela. Bez większych kłopotów znajdziemy jednak w Internecie program GoPod, który pozwoli nam z europejskiego iPoda zrobić amerykańskiego. – Czuję się tym bardzo zaniepokojony – mówi Brian Lamb z RNID. – Jeśli fakt łamania tych limitów się potwierdzi, problem stanie się powszechny. Tyle że fakt już się potwierdził – w sieci można też bez trudu znaleźć wskazówki, jak zdjąć ograniczniki głośności w przenośnych odtwarzaczach innych producentów. A nawet jeśli nie potrafimy złamać naszego, można przecież sobie dorobić lub dokupić wzmacniacz słuchawkowy. Jak stwierdzić, że już jest za głośno? – Jest na to prosta metoda – mówi Susan Duncan z RNID. – Jeśli słuchamy muzyki na słuchawkach i nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, co mówi do nas ktoś obok normalnym tonem, to znaczy, że już przesadziliśmy z głośnością. Didżeje – grupa zagrożenia W Europie poziom hałasu, przy którym pracodawcy są zobowiązani zadbać o odpowiednie zabezpieczenie pracowników, wynosi 90 decybeli. W klubach i dyskotekach, gdzie także pracują ludzie, hałas osiąga 110 decybeli. Oprócz operatora młota pneumatycznego specjalne ochraniacze powinni więc nosić bramkarze, kelnerzy i barmani. Nie mówiąc już o didżejach – oni nie tylko przebywają w hałasie, ale dodatkowo, aby słyszeć, co grają, potrzebują odsłuchu (jeden lub dwa głośniki pozwalające usłyszeć utwór, który leci w danej chwili na sali) oraz dobrych słuchawek, żeby słyszeć utwór, który mają zamiar puścić. Zagraniczni didżeje, jak Gilles Peterson, LTJ Bukem czy John Digweed, a od kilku lat także polscy używają technologicznie zaawansowanych zatyczek dla profesjonalnych muzyków. Robione są na zamówienie na podstawie dokładnego odlewu kanału usznego, dokładnie tak jak wewnątrzuszne aparaty słuchowe. W środku mają filtr, który – według życzenia – obniża natężenie dochodzących do ucha dźwięków o 9, 15 lub 25 decybeli. Norbert Borzym (DJ Bert) od ponad dwóch lat nieprzerwanie korzysta z profesjonalnych zatyczek dla muzyków ER15 zrobionych w Londynie. Według niego rozkręcanie do maksimum głośności odsłuchu, słuchawek i głośników, a tym samym potęgowanie obecności najwyższych i najbardziej szkodliwych dla ucha dźwięków, jest problemem wśród młodych, niedoświadczonych didżejów, którzy tym samym szkodzą sobie i publiczności. Z zatyczkami polskiej produkcji gra także DJ Adamus, który za główny mankament klubów również uważa brak dbałości o profesjonalne nagłośnienie. Maciek Kasprzyk (DJ Lexus) miał problemy ze słuchem w wyniku wirusowej infekcji. Dziś po imprezach czasem słyszy szum i dzwonienie, ale bardziej niż kiedyś kontroluje głośność muzyki w słuchawkach i odsłuchu oraz regularnie stosuje specjalne świeczki do uszu (świecowanie uszu doraźnie przywraca utraconą wrażliwość słuchu). Problem utraty słuchu wśród didżejów pojawił się w brytyjskim filmie „It’s All Gone Pete Tong”. Główny bohater DJ Frankie Wilde, gwiazda największych imprez na Ibizie, po latach przebywania w hałasie traci słuch. Film – jak większość bajek – ma szczęśliwe zakończenie, ale w rzeczywistości dla wielu osób z uszkodzonym słuchem przygoda z hałasem dobrze się nie skończy. Gustowny aparat słuchowy Badania brytyjskiego RNID przeprowadzone na grupie ludzi w wieku 16–34 lat wykazują, że kłopoty ze słuchem deklaruje 62 procent osób regularnie chodzących do klubów (ci są wystawieni na hałas na poziomie 100–110 decybeli) i 72 procent uczestników koncertów. Inne badanie pokazało, że w ciągu ostatnich 10 lat w Norwegii odsetek 18-latków, którzy mają problemy ze słuchem, wzrósł z 15 do 35 procent. Z praktyki profesora Henryka Skarżyńskiego z Międzynarodowego Centrum Leczenia Słuchu i Mowy w Kajetanach pod Warszawą wynika, że gdy współczesna młodzież osiągnie wiek około 40 lat, będzie miała słuch dzisiejszych 60-latków, a wśród tych ostatnich co druga osoba ma jakieś dolegliwości związane z narządem słuchu. – Obecnie prowadzimy badania dotyczące zmęczenia słuchowego u młodzieży słuchającej muzyki – informuje profesor Skarżyński. – Dokładne dane będą znane za trzy miesiące i zostaną przedstawione na międzynarodowej konferencji. Brytyjczycy w ramach swojej akcji rozdają masowo zatyczki do uszu na letnich festiwalach. – Rozdaliśmy 120 tysięcy takich zatyczek na imprezach muzycznych – mówi „Przekrojowi” Susan Duncan z RNID. Kampania „Don’t Lose The Music” trwa już trzeci rok, ale jej skuteczność mogą potwierdzić badania dopiero za 10–15 lat. RNID promuje też modę na aparaty słuchowe, twierdząc, że dobrze zaprojektowane nie powinny się wydawać niczym gorszym od okularów. Ba, mogą wyglądać tak gustownie jak słuchawki do iPoda lub inny sprzęt do słuchania muzyki. – To modele wzorcowe – mówi Susan Duncan. – Chcemy przekonać producentów, żeby trochę zmienili swoje podejście estetyczne do takich urządzeń, by uczynili je piękniejszymi. Wtedy dopiero może przyjść zainteresowanie klientów. Muzyka to nie wszystko Problemów przysparza również telewizja – poszczególne kanały nie są nadawane z jednakową głośnością, więc przy przechodzeniu z kanału na kanał nasz słuch jest atakowany. Głośniejsze wydają się także reklamy, choć to już kwestia subiektywnego odczucia słuchacza – dźwięk w spotach reklamowych przygotowany jest nieco inaczej, poddany mocniejszej kompresji, przez co reklamy wydają się głośniejsze. Widzowie w salach kinowych też nie mogą się czuć bezpieczni. Ścisłych norm dotyczących natężenia dźwięku nie ma, a zapytana o nie firma zajmująca się wyposażaniem kin w aparaturę audio odpowiedziała, że owszem, stosuje się do norm – ale tych pochodzących z laboratorium Dolby w Stanach Zjednoczonych. Profesor Henryk Skarżyński uważa, że głośne reklamy w kinie to jeden z pierwszych sygnałów, że zmiany są konieczne. – Te reklamy grożą osobom wrażliwym nawet nagłą utratą słuchu – twierdzi profesor, podkreślając jednocześnie, że tu podziałać może edukacja, a nie ograniczenia nakładane na wytwórców sprzętu audio. – Należy wykorzystać media, by uświadomiły, jakie są problemy ze słuchem, jak negatywną rzeczą jest hałas – i ten uliczny, i ten, który sami sobie fundujemy – mówi profesor Skarżyński. A sami możemy sobie zafundować kino domowe, które podobnie jak zestaw hi-fi może wytworzyć dźwięk o natężeniu ponad 130 decybeli (ekwiwalent dźwięku uderzenia pioruna!). Instalowanie w samochodach potężnych systemów audio jest jeszcze bardziej niebezpieczne – obliczono, że napędza je moc, jaką jeszcze niedawno wykorzystywali The Rolling Stones, żeby nagłośnić cały koncert. Kultura ogłusza, choć zarazem jako antidotum na hałas otoczenia, z którym stykamy się w ciągu dnia, lekarze polecają słuchanie muzyki relaksacyjnej. Kultura z jednej strony rodzi hałas, ale też udowadnia, że prawdziwa cisza nie istnieje – jak John Cage w słynnym utworze „4'33"”. Teraz ta sama kultura, która doprowadziła wiele osób do głuchoty – w osobie Pete’a Townshenda z The Who – ma szanse stać się symbolem walki o ciszę. Jak chronić słuch? Robić sobie przerwy w słuchaniu. Dotyczy to zarówno słuchawek, jak i przebywania w klubie lub na koncercie. Żeby po kilku godzinach spędzonych w dużym hałasie słuch odpoczął, trzeba kilkunastu godzin. Obniżać głośność, nawet odrobinę – bo nawet kilka decybeli może mieć znaczenie dla słuchu. Unikać prób zagłuszania za pomocą słuchawek hałasu otoczenia. Zwykły ruch uliczny to 80 decybeli, a otaczające nas dźwięki w metrze mogą mieć natężenie nawet do 95 decybeli – nie sposób zagłuszyć ich bez uszczerbku dla własnego słuchu. Można też kupić droższe słuchawki izolujące nas akustycznie od otoczenia albo specjalne nakładki na słuchawki (jak na zdjęciu powyżej). Używać zatyczek do uszu. Te zwykłe, dostępne w aptekach od ręki, zmniejszą obciążenie naszych uszu o 15–20 decybeli. Te droższe, przygotowywane na specjalne zamówienie, sprawią, że będziemy mogli słuchać muzyki na koncercie bezpiecznie i bez strat estetycznych. Obserwować oznaki przeciążenia hałasem – takie jak obniżenie progu słyszalności lub dzwonienie w uszach – i na nie reagować. Rzucić palenie, bo przez wpływ na układ krwionośny utrudnia odpoczynek po obcowaniu ze zbyt głośną muzyką, dwukrotnie zwiększając ryzyko uszkodzeń słuchu. Bartek Chaciński współpraca Joanna Ozdobińska "Przekrój" 7/2006 (według www.rnid.co.uk, www.dontlosethemusic.com, „Rolling Stone”) wpisz swój komentarzKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sam 15.03.2010Rysunki Marka Raczkowskiego z „Przekroju”, numer 11/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski polecamy numer 11/2010
|
|