6.06.2004
Prywatka z Richebourgiem

Marek Bieńczyk

Zwiedzanie Burgundii nie jest proste, piwnice głośnych winiarzy pozostają niedostępne. Dlatego chciałbym dziś opowiedzieć o demokratycznym wyjątku

Ja przepraszam, że znowu o burgundach, jakby nie było innych win, bo oczywiście są, lecz przy burgundach w większości omdlewają, tracą rezon, zdają się czymś zwykłym jak edukacja w szkole średniej, potem studia, praca, małżeństwo, dwójka dzieci, drugi samochód i już emerytura. Znowu zatem o burgundach, zachodząc w głowę, dlaczego tak zupełnie w Polsce nie idą, nie znajdują zwolenników, dlaczego pierwszy lepszy supertoskan czy czylyjczyk jest bardziej znany i ceniony. Chodzi może o elitarność burgundów, ich ceny, ogólną rzadkość, niecodzienną wykwintność, niedemokratyczność, z którą łatwo wygrywa gminny cabernet albo merlot.
Pewnie tak. Na przykład zwiedzanie Burgundii nie jest proste, piwnice głośnych winiarzy pozostają niedostępne, trzeba dzwonić, męczyć się z bez sensu z sekretarką automatyczną, której nikt nie odsłucha. Dlatego chciałbym dziś opowiedzieć o demokratycznym wyjątku, o pewnym wieczorze, który wspominam przede wszystkim ze względu na osobę gospodarza, lecz także z powodu, co tu ukrywać, bogactwa zgromadzonego na stole, które szło w grube tysiące euro.
Cóż, ten wieczór był po prostu prywatką, jak tysiące prywatek tamtego wieczoru od Ełku po Lizbonę. W miasteczku Nuit-Saint-Georges Nicolas Potel, lat mniej niż 30, winiarz, o którego wina zaczyna zabijać się świat, zaprosił do siebie młodych przyjaciół, aby bawić się, gadać i pić jego butelki. Trafiłem tam z kumplami niejako z ulicy, po kilku ledwie słowach przypadkowej rozmowy. Przez chwilę krążyliśmy po mieszkaniu niepewni, lecz szybko dopasowaliśmy swe dostojne sylwetki do hip-hopowych dresów, martensów, dziurawych dżinsów i innych znamion, którymi młodość ujawnia swą młodość. Na jeden stół Nicolas wysypał całą kawalerską spiżarnię, na drugi – egzemplarze swych win z ostatnich roczników. Zdumieliśmy się, bo było tam wszystko. Cała Burgundia zgromadzona na jednym blacie jak stado słoni wciśnięte w jedną stajnię.
Było tam wszystko, nie brakło niemal żadnego grand cru z rzadkimi Richebourgiem i Romanée Saint-Vivant, z białymi perłami jak Montrachet. Wokół jednej czy dwóch spośród tych 70 otwartych butelek gdzie indziej organizuje się uroczyste kolacje, na które zakłada się kolie, muszki i fraki. Tutaj, w trakcie paru godzin, odbyło się z kilkadziesiąt eventów, ileś uroczystych przyjęć z prezesami, kilkanaście spotkań na szczycie albo i lepiej! Sprawdźcie, czym podejmują głowy państw w Belwederze, jakimi kiepskimi butelkami powitała ostatnio królowa Anglii prezydenta Busha. Kręciliśmy się wokół stołu, wśród śmiechów i dźwięków rapu płynących z głośników, chichotaliśmy jak głupi do sera, porównywaliśmy Richebourga z Romanée.
Byliśmy wniebowzięci, ale bardziej niż wino unosiła nas w przestworza szczodrość Nicolasa i szczęście, którym promieniował. Pomyślałem o „Buszującym w zbożu” Salingera, książce, w której jak w żadnej innej młodość jest niewinna, szczera i dobra, a dojrzałość skąpa i wobec młodości wiarołomna. Nie wierzę raczej w niewinność młodości, ale życzę, by Nicolas zawsze buszował w burgundach, nie starzał się i nie włączał automatycznej sekretarki, by krawat i kasa nie przeszkodziły mu otwierać butelek po 150 euro dla kumpli i przygodnych znajomych, którzy dlatego wciąż piszą o burgundach.

Marek Bieńczyk
"Przekrój" nr 23-24/2004