|
Prywatka z Richebourgiem
Marek Bieńczyk Zwiedzanie Burgundii nie jest proste, piwnice głośnych winiarzy pozostają niedostępne. Dlatego chciałbym dziś opowiedzieć o demokratycznym wyjątku Pewnie tak. Na przykład zwiedzanie Burgundii nie jest proste, piwnice głośnych winiarzy pozostają niedostępne, trzeba dzwonić, męczyć się z bez sensu z sekretarką automatyczną, której nikt nie odsłucha. Dlatego chciałbym dziś opowiedzieć o demokratycznym wyjątku, o pewnym wieczorze, który wspominam przede wszystkim ze względu na osobę gospodarza, lecz także z powodu, co tu ukrywać, bogactwa zgromadzonego na stole, które szło w grube tysiące euro. Cóż, ten wieczór był po prostu prywatką, jak tysiące prywatek tamtego wieczoru od Ełku po Lizbonę. W miasteczku Nuit-Saint-Georges Nicolas Potel, lat mniej niż 30, winiarz, o którego wina zaczyna zabijać się świat, zaprosił do siebie młodych przyjaciół, aby bawić się, gadać i pić jego butelki. Trafiłem tam z kumplami niejako z ulicy, po kilku ledwie słowach przypadkowej rozmowy. Przez chwilę krążyliśmy po mieszkaniu niepewni, lecz szybko dopasowaliśmy swe dostojne sylwetki do hip-hopowych dresów, martensów, dziurawych dżinsów i innych znamion, którymi młodość ujawnia swą młodość. Na jeden stół Nicolas wysypał całą kawalerską spiżarnię, na drugi – egzemplarze swych win z ostatnich roczników. Zdumieliśmy się, bo było tam wszystko. Cała Burgundia zgromadzona na jednym blacie jak stado słoni wciśnięte w jedną stajnię. Było tam wszystko, nie brakło niemal żadnego grand cru z rzadkimi Richebourgiem i Romanée Saint-Vivant, z białymi perłami jak Montrachet. Wokół jednej czy dwóch spośród tych 70 otwartych butelek gdzie indziej organizuje się uroczyste kolacje, na które zakłada się kolie, muszki i fraki. Tutaj, w trakcie paru godzin, odbyło się z kilkadziesiąt eventów, ileś uroczystych przyjęć z prezesami, kilkanaście spotkań na szczycie albo i lepiej! Sprawdźcie, czym podejmują głowy państw w Belwederze, jakimi kiepskimi butelkami powitała ostatnio królowa Anglii prezydenta Busha. Kręciliśmy się wokół stołu, wśród śmiechów i dźwięków rapu płynących z głośników, chichotaliśmy jak głupi do sera, porównywaliśmy Richebourga z Romanée. Byliśmy wniebowzięci, ale bardziej niż wino unosiła nas w przestworza szczodrość Nicolasa i szczęście, którym promieniował. Pomyślałem o „Buszującym w zbożu” Salingera, książce, w której jak w żadnej innej młodość jest niewinna, szczera i dobra, a dojrzałość skąpa i wobec młodości wiarołomna. Nie wierzę raczej w niewinność młodości, ale życzę, by Nicolas zawsze buszował w burgundach, nie starzał się i nie włączał automatycznej sekretarki, by krawat i kasa nie przeszkodziły mu otwierać butelek po 150 euro dla kumpli i przygodnych znajomych, którzy dlatego wciąż piszą o burgundach. Marek Bieńczyk "Przekrój" nr 23-24/2004 Najpopularniejsze teksty
Zobacz, przeczytaj![]() ![]() ![]() ![]()
Promocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|